Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/153

Ta strona została uwierzytelniona.

— Nie, duszko... niczego...
— Boś tak krzyczał.
— Krzyczałem?... To pewnie przez sen. Śpij, duszko.
— Tak, mam spać, kiedyś mnie wybił ze snu... Pewnie nie zamknę oczu do rana... Ach! te późne kolacje. Zawsze je musisz jeść. Nic nie dbasz o zdrowie...
I przez cały następny dzień słyszę wymówki (ale spokojne wymówki), że nie dbam o swoje zdrowie.
Tak naprzemian śpiąc i czuwając, myślę nieraz, że naprawdę: „życie jest snem.“ Bo i czemże jest moje dzieciństwo, kiedym od bony dostawał klapsy w Saskim Ogrodzie? Czem pierwsza miłość, którą powziąłem; właśnie dla tej samej bony, ale już wówczas, kiedym był w szkołach, a ona została guwernantką? Czem wreszcie wiek młodzieńczy, gdym był najlepszym tancerzem, i — na cześć mojej sąsiadki, córki intendenta wojskowego, uczyłem się grać na flecie?
Ta ostatnia umiejętność nawet dziś uprzyjemnia mi życie, a niegdyś omal że nie stała się dla mnie źródłem sławy. Wyobraź pan sobie, że miałem grać na flecie w koncercie amatorskim na cel dobroczynny. Zaangażowano mnie, zapowiedziano występ, nauczyłem się paru aryj. Ale — kiedym wszedł na estradę i spojrzałem na natłoczoną salę, opanował mnie taki strach, że zgrabiały mi palce i żadną miarą nie mogłem dmuchnąć we flet. Przyniesiono mi szklankę wina (zamiast wody); parę życzliwych osób uderzyło brawo — wszystko nanic... Wino wypiłem, ukłoniłem się za oklaski, ale zadąć we flet nie mogłem. Schowałem nawet na pamiątkę ówczesny „Kurjer,“ opisujący ten wypadek.
Pomimo melancholijnej zasady, że „życie jest snem,“ nie mogę powiedzieć, ażebym nie posiadał wyższego celu. Jest nim — jakiekolwiek, bodaj honorowe, stanowisko, co znowu łączy się z wymaganiami mojej żony.
Trzeba wiedzieć, że żona moja jest ściśle spokrewnioną z książętami X. i pochodzi z ambitnej rodziny, której człon-