Strona:PL Bolesław Prus - Dzieci.djvu/201

Ta strona została uwierzytelniona.



XIV.

Prawie o ósmej wieczór Świrski opuścił Leśniczówkę. Po nierównej drodze, wśród ciemności i chłodu, oddział Zajączkowskiego maszerował tak prędko, jakgdyby przewodniczył mu ktoś, doskonale znający okolicę. Kazimierz w pierwszej chwili nie widział nic, później niewyraźnie zaczął odróżniać piramidalne jodły, niby wieże kościelne, i — poznał drogę, którą zazwyczaj chodzili z Jadwigą na spacer... Nagle uczuł, jakby mu serce ściśnięto obcęgami. Przywidziało mu się, że wchodzi do wpół oświetlonej kancelarji Linowskiego, i spadł na niego tak straszny atak tęsknoty, niewiadomo za kim, czy za czem, że gdyby to potrwało dłużej, może pomyślałby o samobójstwie.
— Nie schodź tam nabok!... — odezwał się stłumiony głos na przodzie.
Teraz Kazimierz jasno przypomniał sobie i zrozumiał, że nie jest na Leśniczówce, u ludzi, którzy go kochali i do których on sam się przywiązał, ale że maszeruje z oddziałem Zajączkowskiego, którego uważał za bandytę.
„Czy ja dobrze zrobiłem?... — pomyślał. — Naturalnie!... bo i cóż innego miałem do zrobienia?... Kozacy i strażnicy szukają mnie, mnie specjalnie!... Są już we wsi, a najpóźniej jutro będą w Leśniczówce, jeżeli nie dzisiaj, jeżeli nie zaraz... Poczciwa, kochana pani Linowska już nie zdążyłaby mnie przechować; a gdyby i przechowała, czy można być pewnym, że ktoś ze służby nie wygadałby się przed strażnikami?