Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 02.djvu/097

Ta strona została uwierzytelniona.

Pierwszy raz, jak Egipt Egiptem, zdarzyło się, że młody książę oszukał czujność kapłanów... Coprawda, stali za nim Fenicjanie i — wykradziona przez nich tajemnica traktatu z Asyrją, czego kapłani nawet nie podejrzewali.
Najlepszą wreszcie maską następcy wobec kapłańskich dostojników była ruchliwość jego charakteru. Wszyscy pamiętali, jak łatwo, w roku zeszłym, przerzucił się od manewrów pod Pi-Bailos do cichego folwarku Sary i jak, w ostatnich czasach, kolejno zapalał się do uczt, do zajęć administracyjnych, do pobożności, aby znowu powrócić do uczt. To też, z wyjątkiem Tutmozisa, niktby nie uwierzył, że ten zmienny młodzieniec posiada jakiś plan, jakieś hasło, do którego będzie dążył z niepokonanym uporem.
Tym razem nawet, nie trzeba było długo czekać na nowy dowód zmienności upodobań Ramzesa.
Do Pi-Bast, pomimo upału, przyjechała Sara, z całym dworem i synem. Była trochę mizerna, dziecko trochę niezdrowe, czy zmęczone, ale oboje wyglądali bardzo ładnie.
Książę był zachwycony. W najpiękniejszej części pałacowego ogrodu wyznaczył Sarze dom i prawie całe dni przesiadywał przy kolebce swego syna...
Poszły w kąt uczty, manewry i posępne zamyślenia Ramzesa; panowie z jego świty musieli pić i bawić się sami, bardzo prędko odpasali miecze i przebrali się w najwykwintniejsze szaty. Zmiana kostjumu była dla nich tem niezbędniejszą, że książę po kilku z nich prowadził do mieszkania Sary, aby pokazać im syna, swego syna...
— Patrz, Tutmozisie — mówił raz do ulubieńca — jakie to piękne dziecko: istny płatek róży. No, i z tego ma kiedyś wyrosnąć człowiek, z tego drobiazgu!... I to różowe pisklę będzie kiedyś chodziło, rozmawiało, nawet uczyło się mądrości w kapłańskich szkołach...
Czy ty widzisz jego rączyny, Tutmozisie?... — wołał zachwycony Ramzes. — Zapamiętaj sobie te drobne ręce, aże-