Strona:PL Bolesław Prus - Kłopoty babuni.djvu/078

Ta strona została uwierzytelniona.

Francuzi, Anglicy i inni obcokrajowcy zechcą zwracać uwagę na miejscowe sprawy naszych pism politycznych.
— Uspokój się, kochany panie Hiacyncie!...
— Nie nazywaj mnie pan Hiacyntem, ale Brutusem — odparł urażony chory. — Brutus — najlepiej zgadza się z mojem usposobieniem i... położeniem!
Jakkolwiek nie słyszałem, aby jaki Brutus bawił się w guwernerkę, był kąsany przez psy, wpędzony przez nie na wierzch lipy, a wkońcu publicznie zmartwiony przez rzymskie gazety, uznałem jednak słuszność młodego uczonego i rzekłem:
— Owszem, owszem... drogi panie Hiacyncie! Odtąd będę cię nazywał Brutusem, ale pod warunkiem: abyś tak mężnie, jak on, znosił wszelkie przeciwności...
— Są chwile — mówił szlachetny imiennik nieszczęśliwego mordercy Cezara — są chwile, w których człowiek musi się uznać zwyciężonym w olbrzymiej walce z losem. Chwila taka wybiła dla Cezara wówczas, kiedy go otoczyli spiskowi, — dla Napoleona wówczas, gdy wstąpił na okręt angielski, — dla Brutusa wówczas, gdy przegrawszy bitwę pod... pod...
— Wszystko jedno, kochany panie Hia... to jest Brutusie — przerwałem, chcąc usunąć mnemoniczne trudności, jakich doświadczają zapewne wszyscy literaci, przypominając sobie historją panowania Oktawjana Augusta, a prawdopodobnie i każdą inną.
— Chwila taka wybiła dla Brutusa — ciągnął niespracowany mówca — wówczas, gdy ten, przegrawszy bitwę... odebrał sobie życie... Chwila taka wybiła dla mnie dziś, kiedy po tysiącznych zawodach, po nadludzkich wysileniach z mojej strony, nieznany wróg targnął się na moją sławę... na mój honor...
Boleść zaciemniała widocznie jasny zazwyczaj umysł wynalazcy nowej metody wychowania: o ile bowiem przypo-