Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom2.djvu/236

Ta strona została uwierzytelniona.

Wchodzimy.
Trzy łóżka. Na jednem, z książką w ręku i nogami opartemi o poręcz, leży jakiś młody człowiek z czarnym zarostem i w studenckim mundurku; na dwu zaś innych łóżkach pościel wygląda tak, jakby przez ten pokój przeleciał uragan i wszystko do góry nogami przewrócił. Widzę też kufer, pustą walizkę, tudzież mnóstwo książek, leżących na półkach, na kufrze i na podłodze. Jest nareszcie kilka krzeseł giętych i zwyczajnych i niepoliturowany stół, na którym przyjrzawszy się uważniej, spostrzegłem wymalowaną szachownicę i poprzewracane szachy.
W tej chwili mdło mi się zrobiło; obok szachów bowiem spostrzegłem dwie trupie główki: w jednej był tytuń, a w drugiej... cukier!...
— Czegoto? — zapytał młody człowiek z czarnym zarostem, nie podnosząc się z łóżka.
— Pan Rzecki, plenipotent gospodarza... — odezwał się rządca, wskazując na mnie.
Młody człowiek oparł się na łokciu i bystro patrząc na mnie, rzekł:
— Gospodarza?... W tej chwili ja tu jestem gospodarzem, i wcale sobie nie przypominam, ażebym mianował plenipotentem tego pana...
Odpowiedź była tak uderzająco prosta, że obaj z Wirskim osłupieliśmy. Młody człowiek tymczasem ociężale podniósł się z łóżka i bez zbytniego pośpiechu, począł zapinać spodnie i kamizelkę. Po-