Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/057

Ta strona została uwierzytelniona.

ska na łąkach. Co będzie, pomyślałem, jeżeli się kopce te poruszą, panie dobrodzieju, rozpadną, i jeżeli uwolnieni z grobów, panie dobrodzieju, nieboszczykowie tłumem pędzić poczną około nas, uciekając z tych, panie dobrodzieju, miejsc strasznych, do których my, dzieciaki głupie, przyszliśmy samochcąc?...
Mówiąc to, szanowny patron był widocznie nietylko głębiej wzruszony od obu swoich towarzyszów, ale nawet od wszystkich razem spacerujących w Saskim ogrodzie.
— W tej chwili — ciągnął obrońca — dzika myśl przemknęła mi przez głowę. Przypomniałem sobie, że ja mam szkielet i moi koledzy mają także szkielety, że cały ten piękny świat jest niczem więcej jak tylko pokrywką, z poza której wyszczerza, panie dobrodzieju, zęby śmierć obrzydliwa...
Powiadam wam, myśli te tak mi zamąciły w głowie, że pod słowem, zwarjowałbym niechybnie, gdybym w tej chwili jakiś oryginalny szelest usłyszał. Na szczęście, oprócz jednostajnego szumu liści i krakowiaków, wygwizdywanych przez Stefana, nie było słychać nic...
Gdyśmy nieco z wrażenia ochłonęli, odezwał się jeden, już nie pamiętam który:
— Więc ty, Stefek, naprawdę się nie boisz, czy tylko tak miną, panie dobrodzieju, nadrabiasz?
— Cha! cha! cha!... Jak się masz, głupi! — krzyknął Stefan. — Ja się boję?... Jeżeli chcecie, to wam zaraz trupią, panie dobrodzieju, głowę wykopię...
— I jabym to potrafił! — szepnął któryś.
Stefan zakipiał z rozdrażnienia.
— No, słuchajcie! Ja zrobię to, czego żaden z was nie potrafi... Oto przyniosę wam ten krzyż spróchniały, około którego przechodziliśmy...
— Zgoda!
Krzyż ów, porosły mchem i opleciony, panie dobrodzieju, bluszczem, stał o kilkaset kroków, pośród gąszczu, do którego