Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/190

Ta strona została uwierzytelniona.

— Dlaczego nie mamy mówić? Nie wiedziałem, że Mania taka dumna, że dla Mani nawet Łapandrowicz nic nie znaczy.
— Więc chciałbyś, ażeby się ze mną ożenił?
— Co mam chcieć?... Myślę tylko...
— Co myślisz?
— Eh! już nic!... Zmarnowałem tu dużo czasu, naponiewierałem się, najadłem wstydu — a wszystko dlatego, ażeby mnie dziś jak psa wypędzali.
— Powiadam ci, że dostaniesz od rodziców kilka tysięcy.
— Nie chcę waszych tysięcy, nic już nie chcę... Głupi byłem, żem sobie, Bóg wie czem, głowę zaprzątał!
— Czemże?... powiedz! — spytała Mania natarczywie.
— Teraz już powiem. Myślałem, że za moją pracę, choć Mania mnie polubi, że... że wyjdzie za mnie! Ale Mania taka sama jak i rodzice.
— A któż cię zapewnia, żebym za ciebie nie wyszła?
— Teraz? — wykrzyknął Ludwik.
Panna zawahała się i, po chwili namysłu, rzekła:
— Wiesz co, Ludwisiu, że mnie cię żal, ale sam powiedz, czy mogę teraz wyjść za ciebie?... Ale... wiesz co?... Ja zaczekam, a ty weź bilet na loterją. Pan Bóg naszych modlitw wysłuchał, to i twoich wysłucha i da ci pieniądze.
Ludwik machnął ręką i usiadł na krześle, odwracając się tyłem do panny. Mania chwilę popatrzyła na niego, lecz nie doczekawszy się już ani wyrazu, wyszła.


V.
LUDWIK WYPĘDZONY.

Nikt nas nie posądzi o przesadę, jeżeli powiemy, że rodzina państwa Trajkotnickich w ciągu nocy nietylko oka nie zmrużyła, ale nawet się nie kładła. Przy świetle lamp naftowych, przy winie i torcie, siedzieli burmistrzowie z najzaufańszymi przyjaciółmi: kasjerem i aptekarzem, układając plany na przyszłość, błogosławiąc loterją, albo dziwiąc się