Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/055

Ta strona została uwierzytelniona.

zapis, wreszcie Pomorski i Podolak, którzy również z rozmaitych tytułów mają otrzymać jakieś sumy.
— Ależ to cała awantura! — zawołał Józef.
— I ja tak myślę, tem bardziej, że podobno pan Nieznany robi trudności tylko w stosunku do brata nieboszczyka, do pana Zygmunta; innym, dawniej wymienionym sukcesorom, chce dobrowolnie coś wypłacić. Może nawet oddać wszystko, co im w pierwszym testamencie przeznaczył nieboszczyk. Słyszysz?... Ten pan Nieznany, wobec was, chce odegrać rolę bardzo szlachetną. A może robi tak, ażeby, porozumiawszy się z wami, tem łatwiej mógł pokonać Zygmunta Turzyńskiego. Zrozumiałeś?
Józef słuchał rozgorączkowany, z oczyma błyszczącemi; zdawało się, że każdy muskuł drży w nim.
— Gdybym się nie wstydził pana — mówił wzburzony — tańcowałbym, albo wywracał koziołki, śmiałbym się, a może i płakał... Taki jestem... podniecony...
— To źle. Trzeba panować nad sobą...
— Akurat, kiedy szedłem do lasu — ciągnął Trawiński — na widok niezmiernych obszarów ziemi, należących do jednej rodziny, porwała mnie złość i żal, gdy pomyślałem, że moja mamusia, także przecie Tyrzyńska, może na starość nie mieć chleba, ani dachu nad głową.
— Ma syna...
— Prawda, ale ten syn może umrzeć, może się z nim coś stać. A w takim razie coby poczęła mama? Czy pan wie, że my już wydajemy gotówkę?... Tak myślałem i gryzłem się, idąc do lasu. Obecnie wracam w innym nastroju, bo widzę przed sobą coś zupełnie nowego. Mówi pan, że ten jegomość, Nieznany, oddałby nam piętnaście tysięcy rubli zaraz? Czy pan wie, co to znaczy? To znaczy: sześćset a może i dziewięćset rubli rocznego dochodu. To znaczy, że starość mamy zabezpieczona i że ja nie potrzebuję się już lękać ani śmierci, ani więzienia, ani zesłania.