Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/186

Ta strona została uwierzytelniona.
XIII.


Po obiedzie doktór Płótnicki zaproponował Łoskiemu i Józefowi spacer do parku; kleryk Podolak i Permski oświadczyli, że w ciągu kilku minut dogonią ich. Drogi już wyschły, niebo wypogodziło się, a drzewa, na których jeszcze wisiały krople deszczu, w blaskach zniżającego się słońca wyglądały jakby zasypane brylantami.
— Kto to jest panna Sobolewska? — zapytał doktór Łoskiego, wydobywając z kieszeni elegancką, skórzaną papierośnicę, aby towarzyszów swoich poczęstować cygarami. Gdy zaś Józef i Łoski podziękowali, doktór nie wydał się zmartwionym.
— Któż to jest panna Sobolewska? — powtórzył.
Łoski zatchnął się. Pobladł, poczerwieniał, lecz po chwili, opanowawszy się, odparł:
— Jak doktór widzi, jest to nauczycielka, bardzo zdolna. Przedewszystkiem jednak jest to osoba tak dobra, rozumna, energiczna, zacna, taka poprostu czcigodna, że dotychczas spotkałem jedną tylko do niej podobną... właśnie matkę Józefa Trawińskiego.
Doktór uśmiechnął się, zlekka zarumienił i powoli wydobywając cygaro, rzekł:
— Tyle przymiotów! Dlaczegóż nie oświadcza się jej profesor?
Łoski pokiwał głową.
— Myśli pan, że nie zrobiłbym tego?... Alboż ja nie rozumiem, że człowiek, którego panna Sobolewska raczyłaby przyjąć za męża, byłby najszczęśliwszy?