Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 05.djvu/259

Ta strona została uwierzytelniona.

— Ależ tak!... dzieciuchu jeden. I jestem pewny, że Kajetanowicz straci na nią kilkadziesiąt tysięcy rubli.
Na dole zgrzytnęło odsunięte krzesło.
— Gdyby mi to powiedział kto inny! — krzyknął zmienionym głosem młody.
— Bądź spokojny, powiedzą ci, powiedzą!... Gorsze to, że dzięki twojej nieopatrzności, przy powitaniu klapnąłem jej impertynencję i zapewne długo będę musiał odrabiać skutki. No... no... siadaj i jedz!
— A ja myślałem ożenić się z nią! — mruknął syn.
— Dzieciak jesteś! — mówił zniżonym głosem mecenas. — Ożenisz się z Zosią Turzyńską, która, jak wnoszę z odezwań się hrabiego, w każdym razie będzie miała posag nie do pogardzenia. A stosunki rodzinne, a nazwisko! Gdyby dobrze poszło, moglibyśmy mieć i Klejnocik. Naturalnie po najdłuższem życiu...
— Ojciec nawet nie domyśla się, jaką mi zrobił przykrość! — jęczał młody.
— Weź zato kawałek pasztetu. Tyś mi gorzej narobił!... Pisałeś listy w taki sposób, że ja byłem pewny, iż rewolucjonistą jest ten... ten drewniany profesor. Jakże mu tam?
— Łoski. Bardzo uczciwy człowiek.
— Co mi tam z jego uczciwości!... Mnie obchodzi ten socjalista.
— A cóż ci przyjdzie z socjalisty?
— Bagatela! Kto chce zrobić karjerę pośród wielkich panów, musi, od czasu do czasu, kolnąć ich swemi stosunkami z socjalizmem. Oni wtedy inaczej rozmawiają z człowiekiem!... Ale i tym razem palnąłem bąka, dzięki twoim roztrzepanym informacjom, i zraziłem do siebie tego... tego... Permskiego. Co się z tobą zrobiło?
— No i cóż? — zapytał opryskliwie syn.
— Zawsze mówiłem ci: pilnie uważaj, co się dokoła dzieje,