Strona:PL Bolesław Prus - Placówka.djvu/202

Ta strona została uwierzytelniona.

— Weźmiemy się do nich — spytał Maciek Ślimaka — czy dać spokój?
— Kiej nie wiem, ilu ich jest — odparł Ślimak.
W tej chwili od kolonji Hamera zabłyszczało światło, a na gościńcu rozległ się tętent koni i krzyki:
— Łapaj! trzymaj!...
— Bywaj!... — zawołał Owczarz, a Ślimak, wysunąwszy się za stodołę, odezwał się:
— Hej wy! coście ta za jedni?...
Teraz o kilkanaście kroków przed nim upadło na ziemię coś ciężkiego, a zpośród ciemności odpowiedziano:
— Poczekaj, szwabski stróżu!... dowiesz się, co za jedni...
— Huzia go! — krzyknął Ślimak.
— Bij go! — zawołał Owczarz.
I posunęli się naoślep ku jarom. Ale złodzieje uciekli do wąwozów, przeklinając Ślimaka.
Wnet przykłusowali konni Niemcy, a Jędrek wybiegł na dziedziniec z łuczywem. Wszyscy zeszli się za stodołą i przy czerwonym blasku łuczywa znaleźli w błocie zakłótego wieprza.
— O! nasz wieprz! — zawołał Fryc Hamer.
— Ukradli wam? — spytał Ślimak.
— Zabili i ukradli, choć w izbie paliło się światło.
— Śmiałe bestje! — mruknął Owczarz.
— My myśleli — odezwał się z konia parobek Hamerów — że to wy kradniecie. — I począł się śmiać.
— Dobrze nam dziękujeta za pomoc! Niech was... — mruknął Ślimak.
— Idźmy za nimi — mówił wzburzony Fryc — może złapiemy którego.
— To se idźta — odpowiedział gniewnie Ślimak. — Widzisz ich!... W chałupie gadają, że my kradniemy, a tu proszą, żeby za nich karku nadstawiać.
— Pójdę z nimi, tatulu — prosił Jędrek.