Strona:PL Bolesław Prus - Placówka.djvu/237

Ta strona została uwierzytelniona.

dzili!... A jeszcze Magda przez nich odejść musiała, bom zbiedniał, i jeszcze mi żona choruje pewno ze zgryzoty, to dziesięć... Chryste Panie!... Chryste Panie!...
Nagle chwycił się oburącz za włosy i zaczął drżeć jak dziecko z trwogi. Nigdy jeszcze tak się nie bał, nigdy, choć parę razy śmierć zaglądała mu w oczy. W tej chwili dopiero, po tym rachunku osób i stworzeń, których mu zabrakło w domu, Ślimak poznał i uląkł się niemieckiej potęgi... Toż te spokojne Niemce obaliły mu jak wicher całe gospodarstwo, całe szczęście, całą pracę życia. I żeby choć sami kradli, albo rozbijali... Nie, oni mieszkają jak inni ludzie, orzą trochę szerzej, modlą się, uczą dzieci. Nawet ich bydło szkody w polu nie robi, cudzej trawki nie uszczknie!...
Nic, no nic złego zarzucić im nie można, a przecie zubożyli go, opustoszyli mu chatę samem sąsiedztwem. Tak dym wydobywa się z cegielni i suszy zioła, tak ich kolonje dymią nieszczęściem, gubiąc ludzi i stworzenia. Co wreszcie on tu znaczy? Alboż ci sami Niemcy nie wycięli starego lasu, nie porozbijali odwiecznych kamieni w polu, nie wysadzili dziedzica ze dworu?... A ilu to ludzi dworskich, straciwszy miejsce, wpadli w nędzę, albo rozpili się, albo nawet kradną?...
I dopiero dziś, pierwszy raz, wymknęło się z ust Ślimaka desperackie zdanie:
— Za blisko nich siedzę... Dalszych gospodarzy oni tak nie uszkodzili...
A po chwili dodał:
— Co z tego, że zostanie grunt, jak ludzie na nim wyginą?...
Nowa ta myśl wydała mu się tak wstrętną, że i od niej chciał się uwolnić. Zajrzał do żony — zdaje się, że śpi. Dorzucił łuczywa na komin, a potem począł przysłuchiwać się szczurom, gryzącym powałę. Wtedy znowu uderzyła go cisza w domu, i w szumie wiatru, ciągnącego ode drzwi do