Strona:PL Bolesław Prus - Placówka.djvu/241

Ta strona została uwierzytelniona.

już chyba sam jaką pomstę wymyśli, to może prędzej się ulituje i nie będzie mnie trapił po śmierci.“
W tej chwili chora żona poruszyła się na łóżku, i Ślimak ocknął się. Otworzył oczy, ale wnet je przymknął. Przez okno wpadał do alkierza różowy blask; na szybach iskrzyły się kwiaty mrozu.
— Świta?... — pomyślał chłop i machinalnie powstał z łóżka. Wnet jednak poznał, że to nie świt, bo różowe światło drgało.
— Czy pali się?... — mruknął, czując swąd, który był tak silny, że odurzał.
Ślimak wyjrzał do drugiej izby, ale Zośki na ławie nie było.
— A co, nie mówiłem!... — zawołał i pędem wybiegł na podwórko. — Już otrzeźwiał.
Istotnie był to pożar jego własnej chałupy. — Paliła się część dachu od strony gościńca. Z powodu grubej warstwy śniegu, okrywającego strzechę, ogień rozszerzał się powoli. Nawet w tej chwili można go było ugasić, ale Ślimak nie myślał o gaszeniu.
Wrócił do alkierza, targnął żonę i zawołał:
— Wstawaj, Jagna!... pali się izba!...
— O, daj mi ta spokój!... — odparła nieprzytomna kobieta, okrywając głowę kożuchem.
Ślimak schwycił ją i, potknąwszy się o dwa progi, zaniósł owiniętą w kożuch, pod szopę. Potem wyniósł jej odzienie i pościel, wybił drzwi do komory i wyciągnął skrzynię, gdzie leżały pieniądze; nareszcie, wywaliwszy okno, począł wyrzucać sukmany, kożuchy, woreczki z leguminą, stołki i naczynia kuchenne. Zmęczył się, pokaleczył ręce, spotniał, ale jeszcze nie stracił odwagi, bo wiedział, z jakim walczy nieprzyjacielem.
Tymczasem cały dach stanął w płomieniu, a przez szczeliny w powale zaczął pokazywać się w izbach dym i ogień.