Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/181

Ta strona została uwierzytelniona.

łyżką w łeb. Pies cofnął się, znowu ziewnął i — znowu chlapnął parę łyków, trochę śmielej. Potem już mógł go chłopiec opukiwać po łbie łyżką, jak chciał, bo pies nabrawszy apetytu, za żadne skarby nie wyjąłby pyska z donicy. Lecz i Walek zmiarkował, że ten będzie lepszy, kto pierwej zje, i jadł, aż się zadyszał, z jednego brzegu, a pies chlapał sobie z drugiego.
Jeżeli matka miała dobry humor, a Walek był pod ręką, wówczas dostawały mu się przysmaki z dworskiego stołu.
— Naści, pobaw się — mówiła pomywaczka, dając mu okruchy ciastek, talerz powalany sosem, rybi łeb, nieogryzione skrzydełko, albo szklankę, na dnie której znajdowała się odrobina kawy i reszta nierozpuszczonego cukru. Gdy wszystko wyssał ze szklanki, albo do czysta wylizał talerz, zapytywała go matka:
— A co — dobre?...
Walek brał się pod boki, jak to robili parobcy po obiedzie, głęboko oddychał i przesunąwszy nabakier swój stary kapelusz, odpowiadał:
— Podjadł se człowiek, Bogu dziękować!... Trza iść do roboty...
Opuszczał kuchnią i szedł gdzieś na całe pół dnia.
Swoje zabawy stosował do tego, co robili starsi. W czasie orki wydobywał z za koryta batożek, ujmował w rękę pierwszy lepszy kołek w płocie, albo korzeń wywróconego drzewa, i — orał całemi godzinami, naturalnie, kiwając się w miejscu i wołając:
— Byś, ksy! ksy!...
Jeśli łapano ryby, wyszukiwał między śmieciami dziurawego sitka i z niezmordowaną cierpliwością zanurzał je w wodę. To znów siadał na kiju i jechał poić konie do studni. Raz, znalazłszy koło owczarni stare łapcie z lipowego łyka, rzucał je na wodę i niby to pływał czółnem — naturalnie w myśli.
Słowem — bawił się doskonale, tylko nigdy się nie śmiał.

177