Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/201

Ta strona została uwierzytelniona.

— Co tobie, Kaziu?...
— Nic... tylko myślałem, że ci się trafiło jakie nieszczęście...
Gdyby mnie Lonia nie pochwyciła i nie oparła mi głowy na swych kolanach, byłbym rozbił nos o ziemię.
Jakaś ciepła fala uderzyła mi do głowy, usłyszałem szum w uszach i znowu głos Loni:
— Kaziu!... kochany Kaziu... co tobie?... Zosiu!... o Boże, on zemdlał... Cóż ja tu pocznę, nieszczęśliwa?...
Objęła mnie rękoma za głowę i zaczęła całować. Na całej twarzy czułem jej łzy. Było mi jej tak żal, żem zebrał resztę sił i z trudem dźwignąłem się.
— Nic mi nie jest!... nie bój się!... — zawołałem z głębi piersi.
Istotnie chwilowe osłabienie minęło tak prędko, jak przyszło. W uszach przestało szumieć, wzrok mi się wyjaśnił, podniosłem głowę z kolan Loni i patrząc jej w oczy, śmiałem się.
Teraz i ona zaczęła się śmiać.
— Ach, ty niepoczciwy, ach, ty niedobry!... — mówiła — żeby mi narobić takiego strachu. Jakże ty mogłeś zemdleć przez takie głupstwo?... Gdyby to nawet była osa, toby mnie przecież nie zjadła... I co jabym robiła tu z tobą?... Ani wody, ani ludzi, Zosia gdzieś poszła, a ja sama musiałabym ratować takiego dużego chłopca. Wstydź się!
Naturalnie, żem się wstydził. Czy można ją było tak przestraszać?
— Cóż, jakże ci jest? — pytała Lonia. — Eh! już pewnie dobrze, boś nie taki blady. Pierwej byłeś blady, jak płótno.
No — dodała po chwili — będę ja się mieć zpyszna, jak się mama o tem dowie!... Ach, Boże! boję się nawet wracać do domu...
— O czem mama się dowie? — spytałem.
— O wszystkiem, a najgorzej o tej osie...