Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 04.djvu/88

Ta strona została uwierzytelniona.

Gdy ziemia obsypała się na trumnę, dostrzegłem bladość na twarzach dotychczas obojętnych. Dobrzy ludzie — jak oni boją się śmierci, jakim dreszczem przejmuje ich łoskot grudy, upadającej na wieko!
Co do mnie, zazdrościłem młodzieńcowi, że już pozyskał spokój wiekuisty, że uwolnił się od marzeń trawiących serce i że niczego wyglądać nie będzie od tych, od których oddzieliła go sosnowa deska i kilka stóp gliny...
— Jak mu tam ciężko musi być pod ziemią! — mówiła dziewczynka, wracająca z cmentarza.
...Jednak, o ziemio! chyba ty nie ciężysz umarłym tak, jak smutek żyjącym...


∗                ∗

Pocom to pisał?... Alboż ja wiem!... Litości nie żądam, o wzajemności myśleć nie mogę, ani też oczekuję odpowiedzi. Jestem jak człowiek, co szepcząc modlitwy, wzrok i duszę zwraca ku niebu, które wiecznie piękne, wiecznie milczy i pozostaje nieskończenie odległem.

Od tego dnia, Jadwiga nie czytywała już książek w otwartem oknie i unikała spacerów. Niekiedy jednak, pracujący na placu robotnicy, poza fałdami muślinowej firanki, dostrzegali jej twarzyczkę dziwnie tęskną i wielkie oczy w jakiś punkt zapatrzone...
Może być, że tak ukryta wyglądała Lachowicza, ale on już na plac nie przychodził.
Wkrótce też, muślinowe firanki znikły, a w parterowym lokalu, zamiast dotychczasowych mieszkanek, ukazali się w powalanych bluzach i czapkach malarze ze składanemi drabinami. Po nich, odświeżony lokal zajęła znowu jakaś rodzina, lecz Jadwigi już tam nie było.