Strona:PL Bronte - Villette.djvu/113

Ta strona została uwierzytelniona.
ROZDZIAŁ VIII
MADAME BECK

Zdana na opiekę owej nauczycielki — „maîtresse“, jak nazwała ją Madame Beck — przeszłam pod jej przewodem przez długi wąski pasaż do kuchni, bardzo czystej, zarazem jednak wyglądającej dość niezwykle. Nie mogłam dostrzec w niej żadnego urządzenia do gotowania — ani komina, ani pieca: nie rozumiałam, że wielka czarna płyta na wysokiej podstawie, wypełniająca jeden róg pomieszczenia, sprawnie zastępowała wszelkie inne urządzenia kuchenne. Duma na pewno nie zdążyła jeszcze zakiełkować w moim sercu, mimo to doznałam uczucia ulgi, kiedy, wbrew przewidywaniu, zamiast być pozostawioną w kuchni, zostałam wprowadzona do niewielkiego pokoju, określonego jako „cabinet“. Kuchcik w białej płóciennej kurtce, krótkim spódniczkowatym fartuchu i sabotach przyniósł dla mnie wieczerzę, na którą składało się mięso, podane w kwaśnym jakimś, dziwnym, ale smacznym sosie, tłuczone kartofle, okraszone sama nie wiem czym — o ile mi się zdaje oliwą — i przyprawione octem i cukrem — oraz kromkę chleba, nasmarowaną masłem, czyli t. zw. tutaj tartine i osmażoną gruszkę. Byłam wygłodzona, zjadłam więc wszystko, szczerze wdzięczna za posiłek.
Po modlitwie wieczornej „Prière du soir“ przyszła sama Madame, aby przyjrzeć mi się raz jeszcze. Zażądała, abym poszła z nią na górę. Minąwszy długi szereg maleńkich zabawnych sypialek — które, jak dowiedziałam się w następstwie, były celami mniszek, jako że ta część domu pochodziła z bardzo dawnych czasów — potem kaplicę; długą, niską, ponurą salę, w której, bielejąc na

103