Strona:PL Bronte - Villette.djvu/546

Ta strona została uwierzytelniona.

przedmiot, nie szła mu wyjątkowo. Nie było uczennicy, która nie drżałaby ze strachu, kiedy zabierał się do cyfr. Siedział pochylony nad swoim pulpitem, niezdolny do zdobycia się na wysiłek podniesienia oczu na szmer czyjego wejścia, które stanowiło oburzająco zuchwałe pogwałcenie jego woli i praw. Była to szczęśliwa dla mnie okoliczność: zyskałam w ten sposób czas na przejście przez całą długość klasy. Mojej idiozynkrazji do stanięcia oko w oko z nim i przyjęcia z bliska wybuchu wściekłego jego gniewu odpowiadało to jednak bardziej, aniżeli znoszenie na odległość zawisłej nad moją głową grozy.
Zatrzymałam się tuż przed katedrą, oczywiście jednak nie uznał mnie od razu za godną uwagi i nie przerwał wykładu. Na nic wszelako nie przydało się mu to lekceważące ignorowanie mnie; musiał wysłuchać z czym przyszłam i dać mi odpowiedź na zakomunikowaną mu wiadomość.
Nie będąc dość słusznego wzrostu, aby móc podnieść głowę ponad jego wzniesiony na estradzie pulpit, i tym samym czując się upośledzoną w swojej chwilowej roli, usiłowałem zajść go z boku, aby lepiej zobaczyć jego twarz, która uderzyła mnie w pierwszej chwili wejścia mojego do klasy bliskim, malowniczym podobieństwem swoim do czarnego ponurego tygrysa. Dwukrotnie udało mi się bezkarnie zerknąć na niego w ten sposób z boku, zbliżając się i cofając, niedostrzeżona przez niego, za trzecim razem wszakże zaledwie zdążyło oko moje sięgnąć po za przegrodę pulpitu, wraził się w nie groźnie przekształcony przez owe „lunettes“ błysk jego źrenic. Rozyna miała zupełną słuszność: grube szkła okularów potęgowały niewypowiedzianą grozę błyskawic gniewu, jakie ciskały ukryte poza tymi szkłami oczy.
Teraz nareszcie znalazłam się w sytuacji korzystnej dla siebie. Stwarzała ją ta właśnie bezpośrednia bliskość tygrysa: groźne „lunettes“ krótkowidza nie nadawały się do piorunowania nimi przestępcy, stojącego tuż przed nosem gromowładnego, który tym samym zmuszony był

158