Strona:PL Bronte - Villette.djvu/767

Ta strona została uwierzytelniona.

na chwilę. Co się mnie tyczy, krew zakrzepła we mnie, życie moje pozostało w zawieszeniu.
Po wszystkim. Chwila i mniszka nadeszła. Rewelacyjny moment przełomowy minął.
Blask pochodni, trzymanej wciąż jeszcze w pobliżu przez jednego z dozorców parku, rzuca w dalszym ciągu łunę świetlną muska nieomal twarz wyczekiwanej w sposób, czyni ją dla mnie najdoskonalej widzialną, Jak wygląda? Jaki ma na sobie strój? Kim jest?
Snuje się tego wieczora wiele masek po alejach parku, że zaś pora jest późna, tak dziwnie wszechwładnie panować zaczyna poczucie tajemniczości i zjawowej upiorności, że gotów byłbyś chyba uwierzyć mi, czytelniku, gdybym ci powiedziała, iż wydała mi się ona podobna do zakonnicy z poddasza, obleczona jak tamta w czarno-białe szaty, w biały zawój na głowie, że wygląda jak zmartwychwstała Justyna-Maria, że jest jej powstałym z grobu duchem.
Wszystko to fałsz, zmyślenie! Nie będziemy się w nie bawili! Bądźmy uczciwi i trzymajmy się, jak to czyniliśmy dotychczas, ścisłej, niezafałszowanej prawdy. Prostej, zwykłej, może nie ponętnej, ale niewątpliwej prawdy.
Prostej, zwykłej, nieponętnej?! — Źle w danym wypadku dobrane określenia. Ta, którą mam przed sobą, nie jest w ścisłym znaczeniu tego wyrazu ani prosta, ani zwykła, ani tym mniej nieponętna. Stoi tu młode dziewczątko z Villette — świeżo po ukończeniu pensjonatu. Jest bardzo ładna, urodą typowo tubylczą. Wydaje się dobrze odżywiona, jasna, o wybitnie zaokrąglonych kształtach. Pulchniutka. Ma pełne policzki, poczciwy wyraz oczu, bujne włosy. Jest ładnie ubrana. Nie przyszła sama. Eskorta jej składa się z trzech osób: dwóch starszych, które nazywa: „Mon oncle“ — mój wuj — i „ma tante“ — moja ciocia. — Śmieje się, szczebiocze, wesoła, żwawa, kwitnąca. Typowa belle bourgeoise — piękna mieszczka. Pod każdym względem.
Tyle o „Justynie-Marii“; tyle o duchach i tajemnicah. Nie znaczy to, aby ta, która szczególnie mnie intere-

379