Strona:PL Chamfort - Charaktery i anegdoty.djvu/088

Ta strona została uwierzytelniona.

Powiem panu przyczynę, która stanowi zarazem moje najlepsze wytłumaczenie. Sypiałam z nim; do tego stopnia nieznoszę towarzystwa chamów, że jedynie ta racja mogła mnie usprawiedliwić we własnych oczach, a mam nadzieję i w pańskich“.

Pan de B... widywał panią de L... codziennie; mówiono, że ma się z nią żenić. Na co rzekł do jednego z przyjaciół: „Mało jest ludzi, którychby nie wolała zaślubić odemnie, i nawzajem. Byłoby bardzo dziwne, gdybyśmy, w ciągu piętnastu lat przyjaźni, nie zauważyli, jak dalece jesteśmy sobie antypatyczni“.

„Siła złudzeń, powiadał N..., działa na mnie, w stosunku do osób które kocham, jedynie jak szkło na pastelu. Łagodzi rysy, nie zmieniając układu ani proporcyj“.

Roztrząsano w towarzystwie zagadnienie: Co jest milej, dawać czy przyjmować? Jedni twierdzili, że dawać; drudzy, że, kiedy przyjaźń jest doskonała, rozkosz przyjmowania jest może równie delikatna a żywsza. Ktoś dowcipny, spytany o zdanie, rzekł. „Nie wiem, która z tych przyjemności jest większa, ale wolałabym przyjemność dawania; zdaje mi się bodaj że jest trwalsza, ile że uważałem iż pamięta się ją dłużej“.

Przyjaciele pana N... chcieli nagiąć jego charakter do swoich kaprysów: znając go zawsze jednakim, powiadali że jest niepoprawny; na co rzekł: „Gdybym nie był niepoprawny, byłbym się już oddawna zepsuł“.

„Uchylam się, mówił N..., od awansów pana de B..., ile że nisko cenię zalety dla których on szuka mego towarzystwa; gdyby zaś on wiedział, które przymioty w sobie szanuję, wymówiłby mi dom“.

Ktoś, kto odtrącił względy pani de S(tael), rzekł: „Nacóż ma służyć rozum, jeśli nie na to, aby nie mieć pani de S...?“