Strona:PL Chateaubriand-Atala, René, Ostatni z Abenserażów.djvu/157

Ta strona została przepisana.

„Kiedy zapadał wieczór, kierując się zpowretem ku memu schronieniu, zatrzymywałem się na moście aby oglądać zachód słońca. Czerwony krąg. rozpłomieniając opary miasta, zdawał się wahać powoli w złotej cieczy, niby wahadło zegaru wieków. Szedłem wreszcie ku domowi wśród zapadającej nocy, poprzez labirynt samotnych uliczek. Patrząc na światła błyszczące w domach ludzkich, przenosiłem się myślą w kryjące się tam sceny bólu i radości, i myślałem, że, pod tyloma zamieszkałemi dachami, ja nie mam przyjaciela. Wśród tych dumań, na wieży gotyckiej katedry biła miarowemi uderzeniami godzina, powtarzała się na wszystkie tony od kościoła do kościoła. Niestety! każda godzina w społeczeństwie ludzi otwiera grób i każe płynąć łzom.
„To życie, które mnie w pierwszej chwili oczarowało, stało mi się niebawem nie do zniesienia. Znużyło mnie powtarzanie się tych samych scen i tych samych myśli. Zacząłem zgłębiać własne serce, pytać czego pragnę. Nie wiedziałem; ale wydało mi się nagle, iż z rozkoszą znalazłbym się w lesie. I oto już byłem gotów zakończyć na wiejskiem wygnaniu drogę życia ledwie rozpoczętą, a w której już pochłonąłem wieki.
„Chwyciłem się tej myśli z zapałem, jaki wkładam we wszystkie zamiary; wyjechałem natychmiast aby zakopać się w chatce, tak