Strona:PL Czechowicz - Opowieść o papierowej koronie.djvu/12

Ta strona została uwierzytelniona.

A jeśli tem się tak męczysz, co będzie z istotną winą, jak wielka będzie kara? Znasz ją? Ty ją tworzysz?! Czerwiu! Robaku!
— Odejdź, kusicielu, ode mnie. Odejdź od posępnych mych źrenic...
— Gniewasz się, mistrzu? Pusz się i rób wielkim, póki cię wichr bólu nie złamie. Twa wyrozumowana wiara zgniecie cię. A nie zapomnij teoryj swych wprowadzać w czyn, bo pomyślę, że zląkłeś się moich wróżb...
W ciemnych oczach Henryka wzbiera gniew. Zamiast bolesnych pieśni gorzkich żalów, słyszy tylko swą krew wzburzoną i tętniącą.
— Milcz, nie szydź! Ty nie żyjesz! Tyś jest zjawa moich złych, czarnych myśli. Buntujesz się, ale jam twój pan. Kąsasz, ale legniesz u stów, zwierzu...
Płomień na włosach Henryka, burza nad czołem zmarszczonem. Postumus przypadł do dzwonu, niby pokorny i zgnębiony. Płaszczy się. Pełznie od dzwonu do dzwonu, ku schodom. Aż przy ostatnim porwie się i ryknie w dzwon, który echem odegrzmiał straszliwem...
... Groom!!! Grooom!!! — ryczy dzwon — OOooOm!!! OOooO!
Zygmunt tętni... — niepokoją się inne dzwony.
Pękło wszystko w Henryku. I nerwy natężone i rozpalony do białości gniew. Spadanie w dół... Otchłań... Przebudzenie.

ANTRAKT — JAWA.

Muzyka. Zapach kwiatów zmieszany, niewyraźny. Zdaje się, że heljotropy i astry. Menuet Mozarta jest tym zaczarowanym fletem, który każe pląsać splecionym parom. Do ciemnego pokoju wpada przez drzwi smuga światła, zapachu i melodji.
Cień w jasnym czworokącie drzwi.
— To ty, Jadziu?...
Ja... Nie śpisz?... Może ci źle?...
— Nie, nie, tylko tak pali gorączka.
— Jedz pomarańcze... ugasisz pragnienie...
Zapach namiętny złotego owocu Zjawa słonecznych italijskich sadów. Przelotna myśl o dłoniach Monny Lizy. Więc ją jeszcze pamięta? w gorączce...
— Jadziu, jakaś ty ładna w tym mroku, z tuberozą w czarnych włosach. Suknia rubensowska, bogata, uwydatnia twą kobiecość. I cała snujesz się w atmosferze balu, muzyki... Tam bal, prawda?
— Tak, Heniu, śpij już, śpij, braciszku, i nie mów komplementów... Dobranoc.
Wyszła.
Nowy cień w drzwiach. Maleńki, przesuwający się bez szelestu. To Diadumen. Gdy się ogląda za siebie, widać w świetle złote, rzadkie brwi i tajemnicze oczy. Bez oddechu płynie na bosych stopach leciutko, jak zjawa.
Jest przy Henryku. Nachyla się nad nim i szepce:
... Mistrzu...
Niema odpowiedzi, ale słychać w ciemności oddech niespokojny, gorączkowy