Strona:PL De Montepin - Macocha.djvu/363

Ta strona została skorygowana.

Ten postąpił nagle do chorej.
— Widzę, że jesteś pani już dosyć silną, ażeby mnie słuchać i rozumieć... Słuchaj więc, tak trzeba. Uspokkj się i słuchaj, ja tak chcę — rozkazał, topiąc w rekonwalescentce wzrok ostry, owo spojrzenie magnetyczne, o którego mocy wiedzą już czytelnicy. — Uspokój się i słuchaj.
— Niebacząc na wstyd, opuściłaś dom rodzicielski, szczęściem, iż dzięki Bogu, hańba ta już cię nie plami.
— Dzięki Bogu?
— Tak jest... Ów nikczemnik, który skorzystał z twojego niedoświadczenia, kryminalista, któregoby sądy ścigały i skazały za porwanie nieletniej, nie odniesie już kary, na jaką zasłużył... już nie żyje...
— Umarł! Gaston — zawołała z głębi piersi młoda kobieta... Czyż to możliwe?...
— To więcej niż możliwie, bo pewne. Nie chcąc oczekiwać na wyrok hańbiący, odebrał sobie życie w więzieniu.
— Nieszczęśliwy! A moja córka?
Pani Daumont zbliżyła się do łóżka i głucho powtórzyła:
— Umarła także... Nie pozostaje ci nic tedy tylko zapomnieć i podziękować niebu, iż samo zerwało więzy, które skazywoły cię na życie wstydu pełne... Z przeszłości nie istnieje już nic, nic, nawet wspomnienie. Ojciec twój i ja możemy nareszcie podnieść głowy... Przeszłość zniknęła, przyszłość oczekuje...