Strona:PL De Montepin - Zbrodnia porucznika.pdf/82

Ta strona została przepisana.

stem nawet szlachcicem.... Ah! gdybyż to zamiast nazwiska Jerzego Herbert módz nosić nazwisko Jerzego de Labardès!...
»Gorliwi chrześcianie utrzymują, że wiara góry przenosi, ale czegóż miłość nie miałaby również mieć przywileju czynienia cudów?...
»Rodzina moja nie jest szlachecką, ale jest uczciwą i wysoce poważaną od trzech set lat przeszło.... Gdyby mnie kochała Dianna, czemuż mianoby mi jej odmawiać? Tylko, czy mnie pokocha? Nie śmiem spodziewać się, ale i nie rozpaczam również zarazem.... Jak zdobyć jej miłość, jawnie, uczciwie, otwarcie, bez podstępów wszelakich? Tak... jak?... Cale życie moje zbiegło się w tem pytaniu....
»Potrzeba mi wylać wszystko co mi przepełnia serce przed takiem jak Twoje sercem... potrzeba mi rady prawdziwego przyjaciela....
»Może po te rady ja niezadługo przybędę do Ciebie....
»Twój, przyjacielu mój, twój całem sercem....

»Jerzy Herbert.«

Marceli odpowiedział na list ojca wysłaniem mu żądanego pełnomocnictwa.
Jerzemu zaś w miejsce odpowiedzi nakreślił ten jeden wiersz tylko; Przybywaj; będziesz mi najmilszym gościem.

»Twój,
Marceli de Labardès.«

XXI.
DWAJ PRAWDZIWI PRZYJACIELE ŻYLI W MONOMOTAPA LA FONTAINE.

Od dnia, w którym Marceli Labardès otrzymał owe dwa listy, powtórzone przez nas w poprzednim rozdziale, ubiegło trzy miesiące.
Wielkie zdarzenia przebiegły nad światem.
Dni 27-go, 28 go i 29-go lipca 1830 roku zesłały na ziemię wygnanie sędziwego monarchy i dziedzica tronu, a włożyły koronę na czoło popularnego wielce księcia Orleańskiego, zamienionego w Ludwika Filipa I.
Na wieżach Kazauby, na murach Algieru, na masztach okrętów, sztandar trójbarwny ustąpił miejsca białej chorągwi posianej kwiatami złotej lilii.
Marceli nie znajdował się już w Algierze; zajmował on wraz z kompanią odłączoną od jego pułku blokhauz, położony o pięć mil drogi od miasta.
Blokhauz ten otoczony był wałem krzaków i drzew mastyksowych; na lewo widać było kępkę zieleni, z pośród której wystrzelała biała wieżyca, opustoszała siedziba muzułmańskiego zakonnika, strzegącego jak ów z Siedi-Ferruch jakiegoś świętego grobowca. Grób nie był zburzony, wielkie figowe drzewa osłaniały go swym cieniem. Płoty agawy, po których przeszły bataliony w bojowej szarży, służyły za ogrodzenie kilku kwadratowym sążniom ziemi, stanowiącym niegdyś ogród. Tu i owdzie rosły klomby drzew pomarańczowych, osypując ziemię wonnym śniegiem swego kwiecia.
Blokhauz ten strzegł poniekąd wejścia do pięknej doliny Bakhe-Derre, która poczyna się u stóp wzgórzy Bujarea.
Było to w drugiej połowie października; słońce osuwało się w dół widnokręgu, a skośne jego promienie łamały się niby płomienne strzały na powierzchni pól piaszczystych i na wielkich białych skałach otaczających pagórków. Kilku żołnierzy, w koszulach tylko i pantalonach z grubego szarego płótna, drzemało rozciągniętych na piasku, w cieniu budynku i oczekiwało z niecierpliwością, łatwą do pojęcia, zachodu słońca i nadejścia wieczornej mgły morskiej, która przynosi tu nieco chłodu po nieznośnym upale dziennym.
Wierne otrzymanym rozkazom czuwały dwie warty, jedna przed, druga po za blokhauzem, ale zamiast przechadzać się tam i napowrót wedle nieodmiennego obyczaju wszystkich wart przeszłych, obecnych i przyszłych, stały nieporuszone wsparte na broni i wielce zajęte ocieraniem potu, który im ściekał strumieniem w grubych kroplach po twarzach już jak spiż ogorzałych.
Nagle uwagę jednej z nich zwrócił na siebie mały obłoczek kurzu, wznoszący się na drodze, nakreślonej przez nasze wojska, między półwyspom Sidi-Feoruch a Algierem. Obłok ten dążył w kierunku blokhauzu i zbliżał się szybko.
— He! sierżancie!... — zawołał żołnierz.
Jeden z ludzi leżących w cieniu podniósł się wpół na ten odzew i wsparty na łokciu spytał z wyraźnym odcieniem złego humoru:
— No, i cóż tam?.,. Czegóż to chcesz odemnie, fizylierze Pacot i czemu przeszkadzasz mi tak nie w porę, kiedy miałem oczy zamknięte i śniłem sobie w najlepsze o mojej wiosce i o mojej kobiecie... nawet zdawało mi się, że mnie całuje i teraz czuję jeszcze wrażenie tego całusa na mojem lewem oku i pewnie byłaby z kolei pocałowała mnie teraz w prawe oko kiedyś mnie zbudził nagle, jak głupiec!
— Sierżancie! — zawołał żołnierz zafukany tą długą perorą, — klnę się na wszystkie bogi, że wcale was nie uważam za głupca!... znam ja zanadto dobrze zasady subordynacyi, które są obowiązkiem żołnierza w obec sierżanta....
— Głupiec, to ty bydlaku!...
— A to tak, no to rozumiem....
— No i cóż to miałeś powiedzieć nareszcie?
— Obciąłem wam powiedzić, żebyście popatrzyli ot tam, w tą stronę.