Strona:PL Doyle - Ezaw i Jakób.pdf/51

Ta strona została uwierzytelniona.


trochę na podwórze i przypatrzmy mu się dobrze jeżeli tylko będzie można.
Naprzód skierował się Holmes ku stajni, w której stały dwa zszerszeniałe stare konie. Holmes podniósł jednemu z nich nogę, spojrzał i zaśmiał się z cicha.
— Stare podkowy, lecz nowo przybite. Dopiero ci. Stare żelazo, ale gwoździe nowe. W istocie, ten przypadek zasługuje na nazwę klasycznego. A teraz do kuźni.
Chłopak pracował dalej, nie troszcząc się wcale o nas. Holmes przeszukiwał bystrym wzrokiem kupy żelaza i drzewa, leżące bezładnie na ziemi.
Nagle usłyszeliśmy za sobą kroki. Obejrzeliśmy się. Przed nami stał gospodarz.
Twarz miał zmienioną, oczy błyszczały dziko. W ręku ściskał laskę grubą, okutą żelazem i następował na nas tak gwałtownie, że uradowałem się szczerze, namacawszy w kieszeni lufę rewolweru.
— Czego tu chcecie! — krzyknął — czego tu szukacie, dyabelskie szpicle?
Holmes nie stracił zimnej krwi.
— Ależ panie Reuben — odparł z uśmiechem — możnaby myśleć, że obawiasz się, abyśmy czego nie odkryli w istocie?
Szynkarz powściągnął wybuch wściekłości i zaśmiał się fałszywym śmiechem, jeszcze straszniejszym i bardziej groźnym, niż poprzednia eksplozya gniewu, podbudzanego strachem.