Strona:PL Dumas - Dwadzieścia lat później.djvu/750

Ta strona została przepisana.
ROZDZIAŁ XLV
SIŁA I ROZUM

Kolacja przeszła w milczeniu, lecz wcale nie smutno, bowiem od czasu do czasu chytry uśmiech, zwykły w chwilach dobrego humoru, rozjaśniał twarz d‘Artagnana. Przy deserze d‘Artagnan rozparł się na krześle i bujał się z miną człowieka zadowolonego z siebie.
— I cóż?... — odezwał się d‘Artagnan po chwili.
— I cóż?... — powtórzy! Porthos.
— Mówiłeś zatem, drogi przyjacielu....
— Ja?... ja nic nie mówiłem.
— Tak, prawda; aha, mówiłeś, iż masz wielką ochotę wydostać się stąd co prędzej.
— A!... co do tego, zaręczam ci, że mi na chęciach nie zbywa.
— Dodawałeś także, że dla uwolnienia się potrzeba tylko ścianę lub drzwi wywalić.
— Prawda, mówiłem, i jeszcze powtarzam to samo.
— Ja zaś odpowiadałem, że to zły sposób; o sto kroków bowiem ujętoby nas i zamordowano; chyba żebyśmy posiadali przebrania i muszkiety do obrony.
— Masz rację... potrzebujemy ubrania i broni.
— Otóż — powiedział d‘Artagnan, wstając, — mamy już wszystko, przyjacielu Porthosie, a nawet coś jeszcze lepszego.
— Ba!... — rzekł Porthos, rozglądając się dokoła.
— Nie szukaj, kochanku, to próżno; wszystko to samo przyjdzie w danej chwili. O której godzinie widujemy spacerujących dwóch szwajcarów ze straży?....
— Zdaje mi się, że tak w godzinę po zapadnięciu zmroku.