Strona:PL Dumas - Mohikanowie paryscy T1-18 v2.djvu/1471

Ta strona została przepisana.

— Gdzie idziemy? zapytał pan Jackal.
— Do rozwiązania!
— A! kochany panie Salvatorze! wykrzyknął pan Jackal, jakież to nieszczęście, że jesteś uczciwym człowiekiem!
I poszedł za Salvatorem.

XII.
Pusty krzak.

— Teraz, mówił Salvator, idąc wzdłuż stawu, rozumiesz pan wszystko, nieprawdaż?
— Jeszcze niezupełnie, rzekł pan Jackal.
— Podczas gdy dziewczynkę trzymano w lamusie, gdy chłopczyka topiono w stawie, Brezyl pędził na krzyk dziewczynki, zagryzł Orsolę, a potem udał się na poszukiwanie swego drugiego przyjaciela, małego Wiktorka, znalazł go w głębi stawu, wyciągnął na trawę, otrzymał kulę w bok, która przebiwszy go nawskroś, przeszła drugim bokiem i utkwiła w drzewie, gdzieśmy ją znaleźli. Pies okrutnie zraniony uciekał, wyjąc. Wtedy złoczyńca wziął trupa chłopczyka, uniósł i chciał zagrzebać.
— Zagrzebać! rzekł pan Jackal, a gdzie?
— Zobaczysz pan.
Pan Jackal wstrząsnął głową.
— Widziałem to sam, rzekł Salvator.
Pan Jackal znowu potrząsnął głową.
— A jeżeli i pan sam zobaczysz?... rzekł Salvator.
— Ha! jeżeli zobaczę...
— To cóż pan powiesz?
— Powiem, że tam jest.
— Chodźmy więc.
I podwoił kroku.
— Znamy tę drogę, na której widzieliśmy raz pana Gerarda, drugi raz Salvatora, pierwszy raz zbrodnię, drugi raz sprawiedliwość.
Brezyl szedł na dziesięć kroków przed nimi, obracając się co pięć minut, by zobaczyć, czy idą za nim.
— Otóż jesteśmy, rzekł Salvator, wchodząc w gęstwinę.
Pan Jackal szedł jego śladem.
Ale przybywszy tam, Brezyl zatrzymał się jak zbity z tropu. Zamiast nosem zaryć ziemię i rozdrapywać ją łapami, stanął, wietrząc na wszystkie strony i szczekając.