Strona:PL Dumas - Mohikanowie paryscy T1-18 v2.djvu/1542

Ta strona została przepisana.

resika, który snać umyślnie był na to przeznaczony, wydobył liścik zalotnie złożony.
Petrus porwał go chciwie, odpieczętował i czytał. Potem wydobył z kieszeni pugilares podobny, wyjął zeń list zapewne wczorajszy, zastąpił go odebranym obecnie, poszedł do biurka, otworzył kluczykiem zawieszonym na szyi żelazną szkatułkę, włożył list, wprzód go pocałowawszy. Starannie zamknął szkatułkę i zwrócił się do kapitana, który patrzył na wszystko z największą bacznością:
— Teraz, ojcze, rzekł, jeżeli chcesz na śniadanie...
— O dziesiątej chcę zawsze, odrzekł tenże.
— Więc faeton czeka na dole i ta z kolei ofiaruję ci studenckie śniadanie w kawiarni Odeonu.
— U Risbecqua? odrzekł marynarz.
— Aha! znajomy?
— Mój drogi, dwie rzeczy, którem ja najgruntowniej studjował, to restauratorów i filozofów, a dam ci tego dowód, sam na ten raz zarządzając śniadanie.
Wsiedli do powozu i pojechali do Risbecqua.


∗             ∗

Przez ten czas odźwierny Petrusa odprawiał mnóstwo zasmuconych amatorów, mówiąc, że pan się cofnął i sprzedaży zaniechał.

III.
Jakie było zdanie trzech przyjaciół o kapitanie.

Po śniadaniu kapitan wysłał chłopca, aby mu sprowadził powóz, a gdy Petrus go zapytał:
— Więc nie wracamy razem?
— Dobryś! odrzekł, a pałac, który muszę kupić.
— Prawda, czy chcesz ojcze, abym ci dopomógł w poszukiwaniach?
— Mam swoje interesy, a ty także swoje, choćby tylko odpowiedź na liścik, który otrzymałeś dziś z rana, zresztą jestem trochę dziwakiem i nie wiem nawet czy pałac zbudowany podług własnych mych planów, podoba mi się dłużej niż tydzień, osądź zatem, czem by był dla mnie