Strona:PL Dumas - Mohikanowie paryscy T1-18 v2.djvu/1969

Ta strona została przepisana.

— A gdzie, ekscelencjo?
— Do księdza Bouquemont.
— Masz słuszność, ekscelencjo, dusza jej więcej jest jeszcze chora niż ciało. Żegnam cię więc, godny mój przyjacielu, i niech Bóg opiekuje się tobą podczas tej długiej przeprawy.
— Przetrwam ją w modłach za ciebie i twoją rodzinę, margrabino, odpowiedział prałat krzyżując ręce na piersiach.
Margrabina odjechała.
W kwadrans potem kareta zaprzężona we trzy konie pocztowe niosła monsignora Coletti drogą ku Rzymowi.

X.
W którym ksiądz Bouquemont w dalszym ciągu prowadzi swoje dzieło.

W samej rzeczy, w parę chwil po odjeździe margrabiny de la Tournelle i po odejściu księdza de Bouquemont, marszałkowa de Lamothe-Houdan w takie spazmy wpadła, iż pokojowa, która była przy niej wtedy, napełniła cały pałac żałobnym krzykiem: „Pani umiera!“
Stary doktor marszałka, którego księżna ciągle niechciała przyjmować, uprzedzony przez Gruskę, przybiegł z pospiechem, i uznał, po przerażających symptomatach, że to był kryzys ostateczny i że we dwadzieścia cztery godzin księżna przestanie żyć.
Marszałek przybył w chwili, gdy doktor wychodził z apartamentów czerkieski. Widząc ponurą twarz jego, pan de Lamothe-Houdan odgadł wszystko.
— Księżna jest w niebezpieczeństwie? powiedział.
Doktor smutno potwierdził głową.
— Czy nic nie potrafi jej ocalić? zapytał marszałek.
— Nic, odpowiedział doktor.
— Jakiej przyczynie przypisujesz jej śmierć, mój przyjacielu?
— Boleści.
Czoło marszałka pociemniało nagle.
— Czy sądzisz, doktorze, zapytał ze smutkiem, iż osobiście mogłem sprawić zmartwienie księżnie?
— Nie, odrzekł doktor.
— Znasz ją od lat dwudziestu, mówił dalej pan de Lamothe-Houdan, uważałeś równie jak ja tę ustawiczną le-