Strona:PL Dumas - Mohikanowie paryscy T1-18 v2.djvu/38

Ta strona została przepisana.

wała na jego głowie i przy jakiem takiem poczuciu artystycznem, zdziwiłbyś się, nadaremnie szukając pióra orlego, czaplego lub strusiego, któreby z tej czapeczki zrobiło kapelusz mody rycerskiej.
Co wpośród tłumu nadawało cechę arystokratyczną tej odzieży, uzupełnionej fularem purpurowej barwy niedbale owiniętym koło szyi, to, że odzież ta nie była z aksamitu bawełnianego, jak ubranie ludu, ale z jedwabnego, jak suknia aktorki lub księżniczki.
Ten malowniczy ubiór uderzył nietylko Jan a Roberta i Ludowika, ale nawet Petrusa; wrażenie, jakie wywarł na tego ostatniego było nawet tak wielkie, że zawoławszy przy wymienieniu nazwiska Salvator: „To zuch jakiś, którego nazwisko jest dobrej wróżby, zobaczymy czy się sprawdzi“, dodał jeszcze:
— Sacrebleu! a toż mi piękny model do mojego Rafaela u Fornariny; jakżebym mu chętnie dał sześć franków, zamiast czterech, gdyby chciał pozować.
Co do Jana Roberta, ten z tytułu pisarza dramatycznego, szukając wszędzie i we wszystkiem efektów teatralnych, najmocniej uderzony był pełnem uszanowania przyjęciem, jakiego młody mężczyzna doznał od szalonego tłumu; a przyjęcie to przypomniało poecie one sławne „quos ego“ Neptuna, równającego swym boskim trójzębem rozhukane fale archipelagu Sycylijskiego.

VII.
Gdzie Jan Byk stanowczo ustępuje a za nim tłum cały.

Od wejścia tajemniczego człowieka, powitanego imieniem Salvatora, najgłębsze milczenie zaległo w sali; zaledwie słychać było oddech trzydziestu do czterdziestu napełniających ją osób.
Milczenie to wziął cieśla za naganę i odurzony na chwilę obecnością nowoprzybyłego i sposobem w jaki go ten rozbroił, powoli przyszedł do siebie i łagodząc ile mógł chrapliwe dźwięki swego głosu, rzekł:
— Panie Salvatorze, pozwól mi się pan wytłómaczyć...
— Źle postąpiłeś! przerwał młody mężczyzna, tonem sędziego wydającego wyrok.
— Ależ kiedy powiadam panu...