Strona:PL Dumas - Mohikanowie paryscy T1-18 v2.djvu/416

Ta strona została przepisana.

tobie, ale ja, jako człowiek, jako syn, jako kapłan, przebaczam ci!... Niechaj Bóg raczy przyjąć odpuszczenie, o które Go dla ciebie błagam, w imię Ojca, który jest dobrocią, w imię Syna, który jest poświęceniem, w imię Ducha Świętego, który jest wiarą!
I zwolna położył blade i białe ręce na nagiej i wychudłej czaszce umierającego.
— Teraz, mój ojcze, zapytał pan Gerard, co mi czynić pozostaje?
— Módl się! rzekł mnich.
Potem wyszedł zwolna, z rękami złożonemi, błagając Boga, ażeby mu pozwolił zabrać wszystko co było złem, nędznem i podleni w tym człowieku.
Umierający padł twarzą na poduszkę i leżał nieruchomy, jak gdyby już dusza oddzieliła się od ciała.

IX.
Powrót do Justyna.

Niech Dominik uspokojony o życie i cześć swego ojca, z sercem pełnem nadziei i radości, przebywa śpiesznie krótką przestrzeń z Vanvres do Bas-Meudon, gdzie zastanie gotowy powóz pogrzebowy, zawierający ciało Kolombana, a my powróćmy do Justyna, cwałem pędzącego po drodze wersalskiej, zaopatrzonego przez pośrednictwo Salvatora w instrukcje pana Jackala, co do pani Desmarets.
Dla tych czytelników naszych, którym charakter bakałarza, nacechowany pozorną słabością, zdawał się nie zasługiwać na współczucie Salvatora i Jana Roberta — powiemy, że ta rezygnacja, która na pierwszy rzut oka mogłaby się zdawać brakiem energii, nam wydaje się przeciwnie, jednym z pięknych przejawów siły.
Kto zobaczyłby Justyna, gdy odwołując się do wspomnień chłopięcych, rzucił się jak skończony jeździec na konia Jana Roberta, pędził po bruku, rozdzierał przestrzeń, ten powiedziałby niezawodnie, że to ramię silnego człowieka i noga pewna siebie, kierują w szalonym biegu tym koniem o rozpuszczonej grzywie, podobniejszym do ptaku unoszącego zdobycz, niż do arabskiego bieguna unoszącego jeźdźca.
Po godzinie szalonego biegu, podczas gdy myśli Ju-