Strona:PL Dumas - Mohikanowie paryscy T1-18 v2.djvu/973

Ta strona została przepisana.

— Tak, panie, odrzekł Gribassier, dodać jednak muszę, iż przyrzekłem był temu człowiekowi wyjednać przebaczenie; bo jeśli zaszła wina, to przez nadmierną tylko jego gorliwość w służbie.
— Na żądanie urodzonego Gibassier, który nam jest wielce przyjemny i miły, wyrzekł pan Jackal majestatycznie, ułaskawiamy cię, Fourichonie, najzupełniej. Idź w pokoju i nie grzesz więcej.
Potem żegnając ręką nieszczęśliwego policjanta, który oddalał się tyłem;
— Czy przyjmiesz śniadanie, kochany Gibassier? zapytał pan Jackal galernika.
— Z radością niekłamaną, panie, odrzekł tenże.
— Przejdźmy więc do jadalni, odezwał się gospodarz.
Zaproszony udał się za panem Jackal.

VIII.
Wzrok podwójny.

Naczelnik wskazał podwładnemu miejsce przy stole naprzeciw siebie, lecz ten, zamiast wykonania rozkazu tak łaskawego, pragnąc przytem okazać, iż nie obce mu są prawidła grzeczności towarzyskiej, odezwał się:
— Racz pan przyjąć serdeczne powinszowanie rychłego powrotu do Paryża.
— Toż samo powinszowanie przyjmij odemnie, odrzekł uprzejmie pan Jackal.
— Spodziewam się, powiedział Gibassier, że pan naczelnik podróż szczęśliwie odbył?
— Najdoskonalej w świecie! kochany panie Gibassier, lecz zajmij miejsce.
Gibassier usiadł.
— Pozwól kotleta.
Gibassier wziął jedną sztukę.
— Podaj szklankę... a teraz posilaj się, pij i racz mnie, posłuchać.
— Stanę się uchem, panie.
— A zatem, przez głupotę tego policjanta straciłeś ślad zdobyczy?
— Niestety! widzisz mnie panie w rozpaczy.
— Wielkie to nieszczęście!