Strona:PL Dumas - Pani de Monsoreau T2.djvu/138

Ta strona została przepisana.

pchnął go zlekka, ale tak, że wyleciał za drzwi jego celi.
Tam czekało brata Gorenflot całe zgromadzenie.
Zaledwie się ukazał, wszyscy poskoczyli ku niemu, pragnąc dotknąć chociaż kraju szaty jego.
— Żegnam cię!... — rzekł jeden z zakonników, czule go przyciskając do serca — kochaj mię i nie zapominaj w twoich modlitwach.
— Ba! otóż masz! — odrzekł Gorenflot.
— Bądź zdrów!... — mówił inny ściskając mu rękę — bądź zdrów, szermierzu za wiarę; Godfryd de Bouillon byłby niczem przy tobie.
— Bądź zdrów! — rzekł trzeci, całując koniec jego ogórków — zaślepienie jest jeszcze między nami, ale niebawem rozjaśnią się ciemności.
Wśród uniesień i pochwał, wyniesiono Gorenflota za bramę klasztorną, którą natymiast za nim zamknięto.
Patrzył na nią z wyrazem trudnym do opisania, wkońcu, tyłem postępując, wychodził z Paryża, jak by anioł mściciel pokazał mu miecz gorejący.
Jedno tylko zdanie wymknęło mu się z ust:
— Powarjowali, czy co?... A jeżeli nie oni, to chyba ja!

ROZDZIAŁ XIV.
JAK BRAT GORENFLOT WMÓWIŁ W SIEBIE,
ŻE JEST LUNATYKIEM I JAK TĘ SŁABOŚĆ
OPŁAKIWAŁ.

Do dnia, w którym na biednego mnicha spadło nieszczęście, brat Gorenflot wiódł życie bardzo przykładne. Wychodził z klasztoru raniutko, jeżeli chciał odetchnąć świeżem powietrzem; późno, gdy pragnął ogrzać się na słońcu, zawsze przecież polecał siebie