Strona:PL Dumas - Paulina.pdf/5

Ta strona została skorygowana.

mi. Zeszedłem tam i znalazłem się wśród gaju oleandrów, mirtów i pomarańcz. Niema nic milszego nad kwiaty, gdziekolwiek się je spotka, w ogrodzie, w polu lub w lesie; dziecię, kobieta, czy też mężczyzna, zrywa je i nie zadawalniając się ich widokiem, wonią ich nasycić się pragnie. Nie mogłem i ja oprzeć się pokusie; zerwałem kilka pachnących gałązek, oparłem się o balustradę z różowego granitu i spojrzałem na jezioro, od którego oddzielał mnie szeroki gościniec, prowadzący z Genewy do Medjolanu. Księżyc ukazał się od strony Siesto, a światło jego zaczynało właśnie oświecać wierzchołki gór i odbijało się w spokojnem, cichem wód przezroczu; milczenie otaczało mnie wokoło: ziemia, jezioro i niebo — milczały... Noc rozpoczynała swój bieg smętny i wspaniały. Wkrótce z pośród grupy drzew, otaczających jezioro, rozległy się harmonijne i rzewne dźwięki słowiczej pieśni. Przez chwilę drżały w powietrzu przeczyste, miarowe tony i rozsypały się w iście srebrzystą kaskadę dźwięków... Był to jedyny odgłos wśród cichej, uśpionej natury. Powoli jednak, zdala, inny znów odgłos doszedł do mego ucha. Zdawało mi się, że słyszę turkot powozu, toczącego się od strony Doma d‘Ossola. Słowik na nowo rozpoczął pieśń swoją i pochłonął nią całą moją uwagę. Gdy zamilkł, posłyszałem na nowo odgłos szybko zbliżającego się powozu. Mój dźwięczny sąsiad rozpoczął raz jeszcze nocną swą modlitwę: lecz tym razem zaledwie wygłosił ostatnią nutę, na zakręcie drogi ukazał się powóz pocztowy, unoszony przez dwa dzielne konie; na drodze prowadzącej do hotelu, o dwieście kroków ode mnie, pocztyljon silnie trzasnął z bata, dając tym sposobem znać o swem przybyciu koledze.
Wkrótce brama się otworzyła i nowy powóz wyjechał, w chwili, gdy nadjeżdżający zatrzymał się przy balustradzie tarasu, o którą byłem oparty.
Noc, jak wspomniałem, była piękna, pogodna i cicha, podróżni widocznie chcąc użyć przyjemności nocnego chłodu, kazali spuścić firanki powozu. Było ich dwoje, mężczyzna i kobieta okryta szalem czy płaszczem, z głową pochyloną w tył, oparta na ramieniu młodego człowieka. W tej chwili pocztyljon wyszedł, niosąc w ręku zapaloną latarnię. Przy blasku światła poznałem Alfreda i Paulinę.
— Zawsze ona i zawsze ona!