Strona:PL Dumas - Towarzysze Jehudy.djvu/503

Ta strona została przepisana.

— Miałem chyba racyę? — zapytał Roland. — Taki jest, jakim go przedstawiłem.
— Tak — odparł Bonaparte zamyślony. — Tylko źle bierze rzeczy; ale zasady jego płyną z uczuć szlachetnych, które muszą mu dawać wielki wpływ wśród swoich.
A potem dodał po cichu:
— Jednak trzeba z nim raz skończyć.
Potem, zwracając się do Rolanda, zapytał:
— A cóż ty?
— Ja? skończyłem.
— Tak! Więc towarzysze Jehudy...?
— Już nie istnieją, generale. Trzy czwarte zginęło, reszto w niewoli.
— A ty zdrów i cały?
— Nie mów mi tego, generale. Zaczynam wierzyć, że nieświadomie zawarłem pakt z dyabłem.
Wieczorem tegoż dnia Cadoudal odjechał do Anglii.
Dowiedziawszy się, że dowódca Bretończyków przybył szczęśliwie do Londynu, Ludwik XVIII napisał doń:

„Dowiedziałem się z najwyższem zadowoleniem, generale, żeś nareszcie wyrwał się z rąk tyrana, który do tego stopnia nie poznał się na tobie, że, ci zaproponował służbę u siebie. Bolałem nad nieszczęśliwemi okolicznościami, dla których musiałeś z nim pertraktować. Lecz ani na chwilę nie miałem wątpliwości: znam za dobrze serce mych wiernych Bretończyków, a twoje w szczególności. Dziś jesteś wolny, jesteś przy boku mego brata. Cała nadzieja we mnie odżywa. Nie mam nic więcej do powiedzenia takiemu, jak ty, Francuzowi.

Ludwik“.