Strona:PL Dumas - Towarzysze Jehudy.djvu/553

Ta strona została przepisana.

Wyjęto pistolety i zaczęto je nabijać.
Sir John stanął na stronie, ścinając trawę końcem szpicruty.
Roland spojrzał na niego, przez chwilę jakby się wahał, wreszcie podszedł wprost do niego. Sir John podniósł głowę i widać było, że błysnęła mu jakaś nadzieja.
— Milordzie — odezwał się Roland. — Mógłbym mieć do pana pretensyę pod pewnymi względami, ale niemniej uważam pana za człowieka honoru.
— I masz pan słuszność — odpowiedział sir John.
— Jeśli pan zostaniesz przy życiu, czy spełnisz obietnicę, którą mi zrobiłeś w Awinionie?
— Mało jest szans, abym został przy życiu — odparł lord Tanlay — ale rozporządzaj pan mną.
— Chodzi mi o to, co ma być z mojemi zwłokami.
— Czy wola twoja pod tym względem jest taka sama, jaką wyraziłeś w Awinionie?
— Taka sama, milordzie.
— Dobrze... Może pan być zupełnie spokojny.
Roland skłonił się i powrócił do swych przyjaciół.
— Czy masz nam co do polecenia na wypadek nieszczęścia? — zapytał jeden z nich.
— Mam.
— Mów.
— Nie sprzeciwiajcie się w niczem lordowi Tanlay’owi w sprawie mego pogrzebu. W lewej ręce trzymam bilet do niego. Jeśli nie zdążę przed śmiercią nic powiedzieć, wyjmijcie list z ręki i oddajcie go lordowi.
— To wszystko?
— Wszystko.
— Pistolety nabite.