Strona:PL Dumas - W pałacu carów.djvu/118

Ta strona została przepisana.

Szczegóły tych przygotowań do polowania, które mi powtórzono kilkakrotnie — osłabiły nieco mój entuzjazm. Pomimo to nie chciałem pozostać w tyle za innym, to też ubrałem się w kostjum futrzany i zaopatrzyłem się w kindżał.
U Luizy zatrzymałem się dość długo, do późnej nocy, i wróciłem do domu już po północy. Przyszło mi do głowy, ażeby urządzić próbę generalną polowania na niedźwiedzia: położyłem swe poduszki, mające wyobrażać misia na fotelu, i, uzbroiwszy się w kij zamiast kindżału, jąłem napadać na wyimaginowanego niedźwiedzia, usiłując zadać mu cios śmiertelny pod szóstym żebrem. Nagle usłyszałem w rurze kominka jakiś podejrzany szmer. Podskoczyłem do kominka i, wsunąwszy tam głowę, zauważyłem jakiś dziwny przedmiot, któremu nie mogłem się dobrze przyjrzeć i który natychmiast wyniósł się ku górze i znikł.
Nie wątpiłem ani na chwilę, że był to złodziej, który chciał wtargnąć do mnie przez komin, a ujrzawszy, że nie śpię, rzucił się do ucieczki. Krzyknąłem kilkakrotnie „kto tam?”, a ponieważ nikt mi nie odpowiadał, tedy wywnioskowałem, że może przypuszczenie jest słuszne. Nie okładłem się jeszcze przez jakie pół godziny, dopiero gdy wszelkie podejrzanie szmery ustały, orzekłem, że złodziej uciekł i nie wróci. Zabarykadowawszy kominek, czem się tylko dało — poszedłem spać.
Spałem nie dłużej nad kwadrans, gdy nagle usłyszałem czyjeś kroki w korytarzu. Nastraszony tajemniczą historją z kominkiem, zerwałem się z łóżka i począłem wsłuchiwać... Nie ulegało wątpliwości, że ktoś cicho przechadzał się koło mych drzwi, ponieważ słychać było lekki trzask posadzki, aczkolwiek, ów ktoś stąpał, jak się zdaje, z największą ostrożnością.