Strona:PL Dzieła Cyprjana Norwida (Pini).djvu/699

Ta strona została przepisana.

Rwać się nie w czas, lub nie w czas do snu się układać.
W społecznych formach wyleźć nie można z praktyki
Robronów[1]: «Jaśnie», «imość», «pani dobrodziki»
Że Liviusa manuskrypt o dobie tej samej
Wszedł do Polski, gdy ledwo co w ojczyste bramy,
Albo Makiedońskiego Aleksandra listy,
Lub nieznany dziś klasyk — mało rzeczywisty
Stąd tryumf. O tem wszystkiem i z dumą i chwałą
Wiemy, że to, gdzieś będąc, gdzieś się zapodziało.
Tak, wszystko jest... gdzieś... jakoś... — i się zapodziewa,
I że ginie, przeto się wszystkiego spodziewa,
A ktoby winił chwiejny ludu temperament,
Nie zgadłby nic... Któż może wykonać testament
Choćby najczulszej z matek i sam bardzo szczery,
Skoro nie ma pojęcia ważności litery?

Jest więc punkt, gdzie nic serce nie pełni, gdzie zapał
Nic nie dawa, lub w ognie się omylne złapał,
Błędu nie wie, z najdroższych skarbów czyni zamęt
I nie może mieć ciągu, bo ciąg — to testament!



XIV.

Oto moja messeńska, moja tyrtejowa[2]
Pieśń i boleść: skończyłem «O wolności słowa».
A teraz kędyś palma ze stepu mię wzywa
I Oazis, bogdajby choć ta niekłamliwa!
Spocząć pragnę, iż błędną rzeczą nie uwiodłem,
Pragnę spocząć — i pójdę spocząć — i poszedłem...
Gwiazdy przede mną, za mną gwiazdy dżdżą złotemi
Kresy, gdy lecę, niebu odrębny i ziemi,
Jakbym sam trzecią rzeczą był między obiema...
Piasek mówi: «Przeleciał!», wiatr: «Już go tu niema!»
Lecę — i ani zgadnąć mogę, setnie jakie
Lat — i mil — i atomów tykało kulbakę,
Pianą dzierzganę białą — ni drogi jak wiele
Ubiec musiałem, prawe upatrując cele,
Porzuciwszy świat, na dwie partje rozłamany:
Między tytany szału i flegmy tytany
Sam przez pustynie lecąc, wybladły, że prawie
Litowały się mego pragnienia żórawie
I pluły mi dziobami wilgoć, a ja dalej
Pędziłem, by mnie bliźni sucho nie żegnali.
Bym nie zbył reszty serca pierwej, aż się cegły
Nad trumną zaczerwienią, iż miłość dostrzegły!...

Zdala, zdala, nim stopa ma dotknęła piasku,
Zawołałem sam: «Tadmur!»[3] przy księżyca blasku
Kolumn tysiąca więcej widząc, których chóry
Szły tam i owdzie kiedyś w myśl architektury.
Co gdzieś albo istnieje, lub stała się siłą
Myśli ludzkiej i widzi, w niczem jak coś było.
I było cicho pośród ruiny ogromnej,
Wkładającej na niebo profil wiekopomny,
Cały szczerby swojemi, jakby się o ramię
Boga oparło czołem miasto, gdy się złamie.
Patrzyłem i wydziwić się nie mogłem onej
Całości rzeczy, w całość ruiny zmienionej,
Pięknej ogółem, który powstał ze zniszczenia,
Z potrącenia, zdeptania i z lekceważenia,
Gdy rzędy kolumn, jakby skamieniała lira
Niewzruszenie a ciągle śpiewały «Palmyra!»
Księżyc stał za strun owych skamieniałą kratą,
Bluszcz dopełniał, gdzie linję czułeś zbyt szczerbatą,
I, jako dłótem ryty, szedł przez blade łomy,
Lekszy od ornamentów, równie nieruchomy,
Nakreślony harmonją tak, że niepodobna,
By zeń bez szwanku gałąź odprysnęła drobna;
Kto zaś nie barbarzyniec, ten w ruiny tumie

  1. robron (franc.), starodawna szeroka, sztywna suknia kobieca.
  2. por. obj. na str. 309.
  3. Tudmor, we wschodnich językach nazwa Palmyry, starożytnego miasta, zbudowanego wśród oazy na pustyni Syryjskiej, a kilkakrotnie burzonego i odbudowywanego; dziś są to tylko trudno dostępne ruiny.