Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T3.djvu/112

Ta strona została przepisana.

Na coż więc było na ten świat przychodzić       530
Cierpiéć, miłować, nienawidziéć, szkodzić:
Ażeby wreszcie słońce dawno znane
Weszło; ostatnie, — i nie zapłakane.


XXII.

Graf Wacław woła. Wybito podwoje,
Wchodzą. Czy trupów powalonych dwoje?       535
Graf Wacław, przy nim synaczek maleńki —
Zbledli — Graf woła xiędza i trumienki —
Wyszli; pojechał kozak do stolarza.
Do Grafa xiędza wzięto od ołtarza.
Xiądz ten pocieszać umiał nieszczęśliwe;       540
Spokojne lice i włosy mial siwe.
Obudził ojca, wziął go pod ramiona,
Postawił, krzyż mu przycisnął do łona,
Na złote słońce obrócił go twarzą,
Na róże co się pod oknami żarzą;       545
Słońce i kwiaty, czy Boską mu chwałę,
Czyli dzieciątko te przypomną małe;
Dobrze, bo przerwą posępne rospacze,
Bo może westchnie, przemówi, zapłacze?
Nie, stoi martwy, twarz mu się nie mieni:       550
Tak w brylantowém powietrzu jesieni
Stoją bezsilne drzewa, w szronu szacie,
I zadumane jak po jakiéj stracie.
I przyszli ludzie z gotową trumienką;
Xiądz się obrócił i znak im dał ręka,       555
I wzięli trupka, po cichu wynieśli.
Ojciec nie słyszał tych ludzi — a jeśli
Słyszał, to udał dziwną licem chłodność.
Ostatnią dumę w nieszczęściu — łagodność.
I postradawszy tę dziecinkę drogą,       560
Już nie zapytał się o nią nikogo
I tak był długo bez myśli, bez czucia,
Jak trup nim dzieło zacznie się zepsucia.
Xiądz złożył ręce na piersiach i czeka
Na smutną spowiedź grzésznego człowieka.       565