Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T3.djvu/155

Ta strona została przepisana.

A gdy mówiłem tak, było mi jawno
Że prośbę moję na próżno zanoszę,
I że nie zrobią święci o co proszę.
Aż tu mój panie nad podziw, ci złoci       150
Biorą mię nakształt zerwanéj stokroci,
Biorą, i prosto w tęczę złotowłosą.
Na ciemną chmurę, nad sosnami niosą;
I bez żadnego szelestu i dźwięku
Niosą szlachcica w niebo, z dzbanem w ręku.       155
A ja z nad chmury upuściłem dzbana,
I potém się aż dowiedziałem w siole
Że upadł z nieba, na xiędza plebana,
I wybił mu jak talar guz na czole,
I zostawił mu siniec w upominku;       160
Pożałowałem dzbana i uczynku.

A to więc panie mój były nie żarty!
Na złotych skrzydłach jak król rospostarty
Lecę, a tęcza co wisi na chmurach,
Świéci jak brylant na kontusza dziurach;       165
A gwiazdy żółte różowe i sine,
Sypią się deszczem na moją łysinę;
A xiężyc blisko przybiega i staje,
I widzę srebrne rzeki, srebrne gaje,
Góry, o góry zaczepiłem pałasz —       170
A dotąd nie chce wierzyć pan bakałarz,
Choć mu po stokroć na honor mówiłem,
Gdy xiężyc świeci w mgle — że ja tam byłem.

I tak mię nieśli Boscy aniołowie;
A ja siedziałem jednemu na głowie       175
Pusząc się dumą jak paw na folwarku;
Nogi zaś moje drugi niósł na karku,
Anielik mały jak różyczka młody,
I nogi moje dźwigał jak dwie kłody.
A takie były te aniołki skoczne,       180
I takie zwinne, że nie oni sami
Alem ja zaczął prosić się ze łzami,
Niech sobie stary na chwilę wypocznę;
Bo mi już kości trzeszczą jak łuczywo,
I w gwiazd mi żywych towarzystwie ckliwo.       185