Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T4.djvu/398

Ta strona została przepisana.
LII.

Wzięto mię... a ja w podziemnéj ciemnicy,
Sam, do filarów przykuty kamiennych,
Jako pający, ciemni robotnicy,       410
Zacząłem z myśli gryzących, bezsennych
Snuć długie pasma. — Widmo mi przyłbicy
Nakryte orłów skrzydłami płomiennych
Pokazywało się. Naramiennice
Osiadły blade, ścięte Meduźnice.       415


LIII.

Dusza tak była silna i bogata!
I taką wielką rządzicielką kości,
Że ciągle echem Duchowego Świata
Gadała, — ciągle z jego okropności...
Z tych głębiń... gdzie ćma niewidzialnych lata       420
Jasno czerwonych słów, sztyletowości
Szepcących... brała straszną siłę sztychu,
I tę — jak piorun ciskała po cichu.


LIV.

Kto myślał: że mnie więzieniem uciszał
I gonił burze ducha?... ten się mylił.       425
Z ducha mi ciągle szedł grzmot — a Lech słyszał
I czuł, żem ja go gryzł — do ziemi chylił.
Chociażem wtenczas tylko w sobie dyszał,
A żadnéj mocy ducha nie wysilił;
Gromadą duchów zarządzałem ciemną,       430
I te — jak sługi moje — były ze mną.


LV.

O! wy, którzy się nigdy nie spotkacie
Z prawdziwą twarzą waszego tu stróża!
Dla których żywot widzialny jest w chacie,
A Bóg w błękitach próżnych się zanurza;       435
Dla was są próżne tych czynów postacie —
Dla innych... ducha ton i straszna burza
Owiewająca moją pieśń żałobną.
Z twarzy do innych rapsodów podobną.