Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T4.djvu/429

Ta strona została przepisana.
XXXVI.

Ale po latach!... — Chciałem mówić więcéj,
Wtém się zaczęła kości targanina.
Przez ołowiany kaptur sto tysięcy
Szło iskier... topniał na mnie drut i cyna.
Chciałem zachować dumny kształt xiążęcy,       285
Lecz tak pękałem się jak w ogniu glina.
Oczy się chmurą zasłoniły czarną
I duch się cały skupił w jedno ziarno.


XXXVII.

Nic więcéj. — Straszne zaćmienie i głusza!
Na sercu ręki Bożéj położenie:       290
Docisk ostatni — pod którym się dusza
Pękała w skazy, a wzrok szedł w sumnienie. —
Więc jako robak co się w ogniu rusza,
Tak ona — póki w ustach było tchnienie —
Leżała na dnie swéj serdecznéj plamy...       295
Aż Bóg otworzył jéj — wieczności bramy.


XXXVIII.

Taki był koniec mojego żywota
Śpiewany długo w kraju przez Rapsodów:
Którzy nie doszli w czém była istota
Czynów? w czém wyższość od Rzymskich Herodów?       300
Nademną była myśl słoneczna, złota,
Do niéj moc ciemnych okrwawionych wschodów
Wiodła mię prosto w złotych celów progi:
Jam szedł... jak rycerz krwawo — i bez trwogi.


XXXIX.

Życie dźwięczało w każdéj ducha strunie,       305
Moc słychać było w każdym moim kroku:
Choć być na takiéj drodze? — lepiéj w trunie!
Choć z myślą taką? — lepiéj z włócznią w boku!
Prędzéj? czy później? deszcz piorunów lunie
Na orła który słońce miał na oku:       310
Na mnie — żórawia z wyciągniętą szyją
W przyszłość — pioruny Boże jeszcze biją...