Strona:PL E Zola Magazyn nowości.djvu/535

Ta strona została skorygowana.
ROZDZIAŁ I.

Lecz cierpienia Moureta miały się jeszcze zwiększyć: stał się zazdrośnym. Pewnego poranku w gabinecie przed sesyą, Bourdoncle, odważył się dać mu do zrozumienia, że ta mała z konfekcyj, żartuje sobie z niego.
— Jakto? — spytał, blednąc strasznie.
— Ale tak, ma tu, u nas, kochanków.
Mouret zdobył się na uśmiech.
— Nie myślę już o niej, mój kochany... Możesz śmiało mówić.. Któż to, ci kochankowie?
— Podobno Hutin... jeden z subiektów od koronek, Deloche, ten wysoki głupi chłopak... Nie utrzymuję tego na pewno, bom ich nigdy nie podpatrzył; ale, jak słyszę, jest to bardzo widoczne.
Nastąpiło milczenie. Mouret udawał, że układa papiery na biurku, ażeby ukryć, ze mu ręce drżą. Nakoniec powiedział, niepodnosząc głowy:
— Trzebaby na to dowodów; postaraj się o dowody... O, co do mnie, powtarzam raz jeszcze, że drwię sobie z niej, bo już mię zaczęła nudzić. Ale nie możemy pozwalać na takie rzeczy u siebie.