Strona:PL E Zola Ziemia.djvu/408

Ta strona została uwierzytelniona.

Trzymając wciąż jeszcze fuzję złożoną do strzału, poprzestał jednak na uniesieniu w górę zadka i paf! puścił wystrzał jeden, ale tak potężny, że, ogłuszony nim Vimeux rozciągnął się jak długi na ziemi. Tym razem kapelusz jego spadł na kamienie. Zerwał się ponownie, podniósł cenne swoje nakrycie głowy i zaczął pędzić jak oszalały. Hjacynt nie zaprzestawał w ślad za nim swojej kanonady wśród dzikich wybuchów śmiechu, które oszołomiły nieszczęśnika do reszty. Pędząc bez tchu po zboczu, podobny do skaczącego konika polnego, był o jakie sto kroków już, a echa doliny powtarzały wciąż jeszcze odgłosy wystrzałów Hjacynta. Cała okolica rozbrzmiewała oryginalną tą kanonadą, aż wreszcie Hjacynt puścił ostatni, najpotężniejszy wystrzał w chwili, kiedy figurka woźnego, niewiększa w tej chwili od mrówki, znikła na horyzoncie. Flądra, która przybiegła na te odgłosy, leżała na ziemi, trzymając się za boki, gdacząc z niepowstrzymywanego śmiechu, jak kura. Ojciec Fouan wyjął fajeczkę z ust, aby móc swobodniej się śmiać. Ach, ten gałgan Hjacynt! nic nie wart ladaco, ale wesoła sztuka! wesoła!
W następnym tygodniu musiał jednak stary zdecydować się dać swój podpis na sprzedaż ziemi. Pan Baillehache miał nabywcę i najmędrzej było iść za jego radą. Postanowiono więc, że ojciec i syn pójdą do Cloyes w trzecią sobotę września, w wigilję Świętego Lubina, jednego z obu patronów miasteczka. Ojciec, który miał podnieść u poborcy procent od kapitału, trzymanego w tajemnicy, liczył na to, że skorzysta z tej drogi, aby wśród zabawy jarmarcznej posiać gdzieś syna. Potem postara się powrócić z nim razem.
Fouan i Hjacynt już pod samym Cloyes stali przy opuszczonej barjerze, czekając na przejście pociągu, kiedy Liza i Kozioł nadjechali w swojej karjolce. Odrazu wszczęli obaj bracia kłótnię, obrzucając