Strona:PL E Zola Ziemia.djvu/582

Ta strona została uwierzytelniona.

Hourdequin, pożegnawszy w milczeniu obecnych, odszedł, badziej jeszcze zgnębiony. Wyszedłszy na drogę, dostrzegł odrywającą się pospiesznie od okna i znikającą w mroku postać. Przyszło mu na myśl, że to może jakiś pies bezdomny.
Był to Kozioł, który zakradł się pod okno, aby czatować na śmierć Franusi i teraz biegł zawiadomić o tem Lizę.

V.

Nazajutrz z rana kończono właśnie składanie ciała Franusi do trumny, stojącej w pośrodku izby na dwóch krzesłach, kiedy Jan drgnął nagle ze zdziwienia i oburzenia na widok wchodzących, jedno za drugiem, Lizy i Kozła. Pierwszym jego odruchem było wypędzenie ich, tych krewnych bez serca, którzy nie przyszli pożegnać konającej i którzy zjawili się teraz, jak tylko przykryto ją wiekiem trumny, jak gdyby wyzwoleni z obawy znalezienia się oko w oko z nią. Ale obecni przy tem członkowie rodziny: Fanny i Starsza, powstrzymali go: nieszczęście przynosi kłótnia przy trupie; a zresztą, nie ma się prawa zabronić Lizie odkupienia jej winy, skoro zdecydowała się czuwać przy ciele zmarłej siostry.
I Kozłowie, którzy liczyli właśnie na, szacunek, jaki się jest winnym zmarłemu, zainstalowali się na dobre. Nie powiedzieli wprost, że obejmują ponownie dom w posiadanie, robili to wszakże w sposób tak naturalny, jak gdyby rozumiało się to samo przez się, teraz, kiedy niema już Franusi. To, co z niej pozostawało jeszcze, gotowe do odejścia w wieczność, nie stało już na przeszkodzie, niby sprzęt martwy. Liza, posiedziawszy czas jakiś, pozwoliła sobie pootwierać szafy, aby się przekonać, czy nic nie zostało wyniesione przez czas jej nieobecności. Kozioł obchodził już stajnię i oborę, jako gospodarz mający do te-