Strona:PL Edmondo de Amicis - Serce.djvu/202

Ta strona została uwierzytelniona.


A on:
— Nie, Henryku! — rzekł z tym swoim miłym, dobrym uśmiechem, biorąc mnie za rękę z linią. — Nie! Bądźmy przyjaciółmi po dawnemu!
Jakoś mi się głupio zrobiło na sercu i tak zupełnie, jakby mi kto kuksa w plecy dał, rzuciłem mu się na szyję.
Ucałował mnie i rzekł:
— Nigdy już żadnych kłótni między mną a tobą! Prawda?
— Nigdy! przenigdy! — odrzekłem.
I rozstaliśmy się uradowani, szczęśliwi.
Ale kiedym wrócił do domu i opowiedział ojcu wszystko jak było myśląc, że mu tym przyjemność sprawię, ojciec się zachmurzył i rzekł:
— Nie on, ale tyś był powinien pierwszy rękę do zgody podać, boś ty zawinił!
A po chwili:
— Nie powinieneś się był ośmielić podnieść linii na kolegę lepszego od ciebie, na syna żołnierza!
I rozgniewany wyrwał mi linię z ręki, złamał ją na dwoje i cisnął o ścianę.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·



Moja siostra.
24. piątek.

...Czemu ty, Henryku, już i tak rozgniewawszy ojca swoim złym postępkiem względem Corettiego i mnie jeszcze dokuczyć chciałeś?
Nie uwierzysz, jaką mi zrobiłeś przykrość! Czy nie wiesz, że jak byłeś malutki, całymi godzinami stałam przy twojej kołysce, zamiast się bawić z innymi dziećmi, a jakeś zachorował, wstawałam w nocy z mego łóżeczka, żeby zobaczyć czy masz gorące czoło. I czy nie wiesz obrażając siostrę, że gdyby nieszczęście