Strona:PL Edmondo de Amicis - Serce.djvu/322

Ta strona została uwierzytelniona.


kolei żelaznej. Dźwigał duży tłumok, postarzał się, ale zawsze czerwony na twarzy i wesół.
Chciał mój ojciec, żeby do pokoju wszedł, ale Grzegorz się wymówił: poważniejąc spytał prędko:
— Jakże się tam moi miewają? Jakże tam Ludwisia?
— Dobrze się miała przed niewielu dniami, kiedym ją widziała — odrzekła matka moja.
Grzegorz westchnął z głębi:
— Ach, Bogu dzięki!... A tom odwagi nie miał do tych głuchoniemych iść, póki się tu czego u państwa nie dowiem. Dziękuję Pani! To ja teraz zostawię tu mój tłumok i skoczę po nią. Trzy lata już, jakem nie widział biednego dziecka! Trzy lata, jak nikogom ze swoich nie widział!
Ojciec mój skinął na mnie.
— Idź z nim razem.
— Jeszcze słówko, za przeproszeniem państwa! — rzekł ogrodnik, gdyśmy byli w sieni.
Ojciec przerwał mu:
— A jakże tam interesy?
— Dobrze — odpowiedział — Bogu dziękować! Przyniosło się trochę grosza! Ale ja się chciałem spytać. Nauczyli oni też czego tę moją biedotę? Bom ją to tak zostawił, jak tę rybę niemą... Niewiele ja to tam tym naukom wierzę... Czy aby choć znaki jakowe rozumie? Pisała mi tam moja, że niby się uczy mówić, że niby tam coś nie coś potrafią. Ale co mi tam z tego, że oni ją wyuczą tak, abo tak, kiedy ja takich znaków nie umiem robić, jak ona je rozumie...
— To jakże się z nią zrozumiem?
Biedactwo to moje! Te znaki to aby między nimi, biedakami, dobre, co jedno w drugie jako ryby nieme!...