Strona:PL Edmondo de Amicis - Serce.djvu/324

Ta strona została uwierzytelniona.


Oglądał obrazy na ścianach, ale znać było, że ich nie widzi wcale.
Wtem drzwi się otwarły, weszła nauczycielka czarno ubrana prowadząc za rękę dziewczynkę.
Ojciec i córka patrzyli na siebie przez chwilę, a potem rzucili się sobie z okrzykiem radości w objęcia. Dziewczynka była ubrana w sukienkę w paski różowe i białe i w biały fartuszek. Wyższa jest ode mnie. Rozpłakała się i ściskała ojca za szyję obu rękami.
Wreszcie oderwał ją od siebie ojciec i zaczął ją od stóp do głowy oglądąć rozpromienionym wzrokiem, dysząc tak, jakby gdzieś z daleka przybiegł, aż zawołał:
— Ach jak urosła! Jak wyładniała! Ach mojeż kochanie! Moja biedna Ludwisia! Moje niemowlątko drogie! — Tu zwrócił się do nauczycielki. — Proszę też, łaski pani, pokazać mi jakie znaki, coby mnie choć trochę rozumiała! Ja się duchem nauczę... Żeby aby mnie choć oskubinkę rozumiała!
Nauczycielka uśmiechnęła się i zapytała dziewczynki z cicha:
— Kto jest ten człowiek, co cię odwiedzić przyszedł?
A dziewczynka grubym, jakimś dziwnym głosem, zupełnie jakby dziki jaki pierwszy raz mówił po włosku:
— To... mój... oj... ciec...
Ogrodnik cofnął się krokiem i wrzasnął jak wariat:
— Mówi! Jak Boga kocham, mówi!... Cud, czy co? Mówi! Dziecko moje drogie! Ty mówisz? Mówisz? Gadajże mi: mówisz?
I znowu chwycił ją i całował.
— Jakże to, proszę łaski pani! To nie na migi? Nie na znaki! Nie na palce? Tylko tak wprost? Jakże to może być?...
— Nie, panie Voggi — odrzekła nauczycielka. —