Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Anastazya.djvu/046

Ta strona została uwierzytelniona.

— Alboż tu u was jest ktokolwiek z młodych oprócz ciebie jednej, nietańczący?
— Jest! — szepnęła.
— A któż to taki?
Ogień.
— Pan Apolinary! — odszepnęła i od brzegu złotych włosów po obejmujący szyję brzeg czerwonej bluzki — ogniem zapłonęła.
— Pan Apolinary jest tam także.
— Może tańcuje? — zapytała, i znowu cieniutka pręga ukazała się jej na czole.
— Ani o tem myśli. Stoi na uboczu i uskarża się na świat i ludzi.
Wstrząsnęła głową.
— On pośród ludzi uciechy nie znajduje, bo jest od nich inszy...
— Jakiż on jest i dlaczego inszy?
Stałyśmy przy samej bramce cmentarza, pod rozłożystą topolą, w której o zapadającym zmroku wiatr szumieć począł. Anastazya z nizko schyloną twarzą mówić zaczęła szeptem, od cichego szumu drzewa cichszym.
— Cale inszy jest, taki polerowany, miły i górnie myślący... jego myśli, jak ptaki, wysoko lecą... on nie może tak, jak tutaj wszyscy, o tem jednem tylko myśleć, aby posiać, zżąć i zjeść, a na drugi rok znowu posiać, zżąć i zjeść...