Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Bene nati.djvu/100

Ta strona została przepisana.

w bok i plecy dostawszy, zlatuje ze ścieżki i padając, twarzą i kolanami zanurza się w miałkim śniegu. To jakiś przechodzień popchnął stojącego mu na drodze małego gapia. Nic to, wygrzebuje się on zpod śniegu, twarz rękawem siermiężki ociera i z całej siły nóg, obutych w ciężkie stukające buty, pędzi za znikającemi we wnętrzu kościółka rodzicami. Wnętrze to wydawało mu się podówczas ogromnem i wspaniałem. Teraz, gdy kilka naprawdę wspaniałych świątyń w paru miastach widział, śmieje się z dziecinnego tego złudzenia; niemniej uśmiecha się też do ścian wysokich, z gruba pobielanych, nad któremi zaokrągla się małe sklepienie dla dziecinnych jego oczu dziwnie tajemnicze. Co chwilę, za ojcem klęcząc, wznosi oczy ku temu sklepieniu i zaraz je spuszcza, trwogą zdjęty. Wyobraża sobie, że tam właśnie, najwyżej, w ciemnawej głębi, z rózgą na niegrzeczne zdieci w ręku, siedzi Pan Bóg. Nie powinienby przecież tak myśleć, bo oddawna już mu powiedziano, że Pan Bóg jest w ołtarzu, który w głębi, dla niego bardzo dalekiej, jaśnieje śnieżną białością płócien i gromadą palących się świec, a przed którym teraz stoi ksiądz w błyszczącem ubraniu i śpiewa. Zresztą, zajmują go nadzwyczajne organy, wysoko nad kościelnemi drzwiami grające, huczące, czasem poskrzypujące tak przeraźliwie, że przypominają mu nienasmarowane koła u wozów; zajmuje go jeszcze i to, aby go nie uduszono, taki ścisk w kościołku panuje, tak jedne na drugie pchają się męzkie i babskie kożuchy i siermięgi. Za ojcem klęcząc, i o ile tylko można, kurcząc się, patrzy na żółty kożuch okrywający ojcowskie plecy, na ciemną, żylastą szyję, dobywającą się z kosmatego kołnierza, na głowę ze świecącemi od słoniny włosami, trzęsącą się w żarliwej modlitwie. Ojciec modli się z książki; na jej starej, czarnej okładce jest wyzłacany krzyż któremu przyglądanie się w chacie, ilekroć starsi na nie pozwolą, sprawia mu wielką rozkosz. Teraz jednak, z pomieszanemi uczuciami ciekawości i pociągu